Wywrota.pl: „Nasza klasa” na festiwalu w Legnicy

  • Drukuj

Siła uniwersalnego tekstu Tadeusza Słobodzianka o zborowym wyrządzaniu krzywdy osobom z najbliższego otoczenia przejawia się pokazaniu morderstw i gwałtów. Wystarczy to, by poruszyć do głębi, jednak za mało, by doprowadzić do zrozumienia. O spektaklu w reż. Ondreja Spisaka z Teatru na Woli w Warszawie wystawionym na II Festiwalu Teatru Nie-Złego w Legnicy pisze Jarosław Klebaniuk.

"Naszą klasę" uznać można za uniwersalny tekst o zborowym wyrządzaniu krzywdy osobom z najbliższego otoczenia. Poprzestaje jednak na opisie wydarzeń, nie pokazując ich psychologicznych mechanizmów. Postaci są płaskie i jednowymiarowe, a rozdane im role - stereotypowe. Wystarczy to, by poruszyć do głębi, jednak to o wiele za mało, by doprowadzić do zrozumienia, co się właściwie stało wtedy, ani co się dzieje w podobnych przypadkach. Teatr nie ma jednak dostarczać wiedzy, a jedynie opowiadać historie. Te zaproponowane przez Słobodzianka są spójne i podomykane. Nie pozostawiają wieloznaczności i tego rozdarcia, które cechują dramaty z najwyższej półki. To raczej materiał na hollywoodzki film, z którego tylko dzięki pracy reżysera i aktorów udało się stworzyć udany spektakl.

Narracyjna struktura całości obejmuje czasy od lat 1930. do co najmniej 1990. Bohaterowie, rówieśnicy Karola Wojtyły, stanowili zgraną i beztroską klasę, którą jeszcze przed wojną zaczęły dzielić antysemityzm i odmienność religii. Późniejsza (krótka) okupacja radziecka i niemiecka, a następnie czasy stalinowskie wyostrzyły podziały i konflikty. Ich konsekwencje pozostały istotne aż do starości bohaterów, a więc do czasu III Rzeczypospolitej. Prywatne przeplatało się z publicznym, indywidualne z grupowym, intymne z etnicznym. Moc opowieści tkwi w pokazaniu z bliska, jak sąsiedzi potrafią okrutnie postępować z sąsiadami, znęcać się nad nimi i mordować z premedytacją.

Czytelne aluzje do "Umarłej klasy" Tadeusza Kantora i "Naszej klasy" Jacka Kaczmarskiego wydobyły też potencjał zawsze obecny w kulturowym kapitale odbiorcy. Nawet ewidentna słabość sztuki, jaką stanowi schematyczne, stereotypowe przedstawienie postaci, nie zaszkodziła całości w wywołaniu emocji, szokowaniu, ostrym stawianiu prostej tezy: to się stało naprawdę, czy tego chcemy czy nie. Zainspirowany mordem w Jedwabnem dramat ma na tyle uniwersalne przesłanie, że jego adaptacje podejmowane są za granicą.

Sama inscenizacja Teatru na Woli dobrze wyeksponowała tekst, składający się głównie z monologów i mininarracji. Surowa, ruchoma scenografia, składająca się głównie z ławek i krzeseł ze starego drewna pozwoliła aranżować przestrzeń, a w drugim akcie także stopniowo opróżniać ją z postaci, które przechodziły wraz ze swoimi meblami niejako w zaświaty. Symbole katolickie, radzieckie i hitlerowskie pozwalały orientować się w tym, w którym momencie historii aktualnie umiejscowiona była akcja. Właściwie jedynym rekwizytem był szalik hitlerowskiego komendanta, w znaczący sposób noszony także przez najczarniejszy polski charakter. Pozostałe przedmioty pozostały w domyśle i niejako na bieżąco były tworzone przez aktorów za pomocą gestów. Reżyserowi należą się słowa uznania za pokazanie w klarowny sposób trudnych niekiedy relacji miedzy postaciami. Agresję i przemoc łatwiej jest przecież markować na filmach niż na żywo. Wyeksponowanie gry aktorów i samego tekstu to z pewnością udane reżyserskie decyzje. Mocny dramat nie potrzebował nadmiaru środków.

Emocjonalna siła przedstawienia przejawiała się między innymi w reporterskim, pełnym okrucieństwa, a jednocześnie chłodnym pokazaniu scen morderstw i gwałtów. Pierwszy akt był pod tym względem rzeczywiście formatywny. Późniejsze sceny przesłuchania na UB czy agresji wobec demaskatorów zbrodni sprzed kilkudziesięciu lat nie były już tak przejmujące. Logika wzajemnej zemsty, w tym wyjaśnienie, dlaczego Żyd został ubekiem, ukazywała mniej znane aspekty czasów powojennych, jednak to właśnie aktywny udział Polaków w Holokauście jest najistotniejszą częścią przekazu. Katolicki antysemityzm ("Przed Twe oblicze zanosim błagnie, Polskę od Żydów racz wyzwolić, Panie") stanowi wstydliwą część historii, a w wielu środowiskach także przedmiot gwałtownych protestów (środowiska emigracyjne uznawały sztukę za antypolską). Ocalona przez małżeństwo z Polakiem Żydówka została zmuszona do przyjęcia wiary, odpytywana z prawd wiary, zmuszana do łamania norm wynikających z religii, w której się wychowała. Jako jedyna ocalała przyjmowała podczas weselnego przyjęcia prezenty zrabowane Żydom, także jej zamordowanym rodzicom. W końcu i tak została zmuszona do ucieczki, gdyż sam związek z Polakiem nie wystarczył dla ocalenia.

Wszystkie ukazane postaci są poddawane presji społecznej, nakazującej trzymać z własną grupą. Tożsamość grupowa i konformizm wyjaśniają wprawdzie większość zachowań, ale ich nie usprawiedliwiają. Mechanizmy psychologiczne w spektaklu nie zostały niemal w ogóle ukazane. Prawie nikt nie doświadczył w widoczny sposób konfliktu wewnętrznego. Najbardziej odrażająca postać - katolik i nacjonalista Zygmunt zdecydował się na donoszenie na najbliższych kolegów z pobudek osobistych (chciał ocalić ojca), ale już jego zacietrzewiona nienawiść do Żydów, przywództwo w ich gromieniu, a później cała reszta plugawego życia, w tym stosowanie przemocy także po wojnie, szantażowanie znajomych, wstąpienie do partii, gdy tak było wygodnie - wszystko to wskazuje także na różnice indywidualne w sposobach podlegania historii. To jednak wątek zupełnie nierozwinięty, podobnie jak próba zrozumienia motywów lub chociaż przyczyn zachowań.

Relacje między płciami są stosunkowo mało eksponowanym aspektem "Naszej klasy". Wszystkie trzy bohaterki padły ofiarą męskiej agresji - poniżane i gwałcone, próbują przeżyć ten koszmar, ale wychodzą z niego okaleczone, z poczuciem zmarnowanego życia. Rachelka tak mówi o mężu: "Na pewno był typowym Polakiem. Jeden piękny gest, a potem całe lata upokorzeń". Ten stereotypowo przedstawiony prymitywny, alkoholizujący się mężczyzna wolał "Trylogię" od nauki buchalterii i angielskiego. Narodowoojczyźniane ograniczenie jest zresztą wspólną cechą większości męskich bohaterów. Inną jest egoizm i hipokryzja. Kobiety są pod tym względem lepsze, ale wobec patriarchalnych stosunków, wyostrzanych jeszcze przez wojnę pozostają zupełnie bezbronne. Kobiety są więc ofiarami, mężczyźni sprawcami. Taki podział ról w jakimś stopniu oddaje rzeczywiste stosunki w tradycyjnym, konserwatywnym społeczeństwie. Stanowi jednak jedno z wielu uproszczeń, właściwych dla dramatu, któremu daleko do tragedii ukazujących wewnętrzne konflikty i nierozwiązywalne dylematy.

W tak gęstej, ponurej narracji jaśniejsze, choć i to nie zawsze, kontrapunkty stanowią rozładowujące napięcie, niekiedy przewrotne wierszyki recytowane na zakończenie scen. W drugim akcie, zwłaszcza pod koniec pojawiają się też elementy komediowe, łamiące konwencję poważnego dramatu. Można odnieść wrażenie, że sam autor nie wytrzymał napięcia, które stworzył w pierwszym akcie. Inne wyjaśnienie tego braku konsekwencji to chęć osłodzenia koszmaru, uczynienia go znośniejszym dla odbiorcy, wdzięczniejszym dla teatrów celujących w widza wyrobionego, ale nie tego najbardziej wymagającego. Fakt, że historie życia wszystkich bohaterów zostały opowiedziane do końca, prywatne opowieści wszystkie zostały ładnie podomykane, podstarzali uczniowie poumierali sobie, przenieśli się w zaświaty pogodzeni z losem, pozwolił też wyciszyć emocje odbiorcy. Taka hollywoodyzacja dramatu sprawiła, że wciąż mógł zostać nagrodzony przez literackie jury i dobrze wystawiony na scenie, jednak nie utrzymał wysokich lotów z pierwszego aktu i zamiast rzeczywiście porażająco wybitnego pozostał jedynie bardzo dobrym.

Domknięciu narracyjnemu towarzyszył też tani dydaktyzm. Poczucie sprawiedliwości zostało poniekąd zaspokojone tym, że obu nienawidzącym się głównym protagonistom jednocześnie, w rocznicę Jedwabnego, tragicznie zginęły dzieci, po czym jeden z nich samobójczo rozbił się wypadku, a drugi, po tym jak jego żona zachorowała psychicznie, wycofał się z życia i dostał śmiertelnego wylewu. Kiczowatość tych fragmentów podkreślana była przez ostentacyjne pokłony i ostentacyjne (dosłowne) zejścia z tego świata.

W przedstawieniu znaleźć można niestety także elementy co najmniej krypto antysemickie. Żydówka doświadczyła nieznanej wcześniej seksualnej rozkoszy w trakcie zbiorowego gwałtu (sprawcami byli znajomi Polacy, serce roście), a rabin wyliczył swoich kilkudziesięciu krewnych, nieodparcie przypominający skecz zespołu Monty Pythona z jednego z obrazoburczych filmów wyśmiewających religię, w którym ojciec-dzieciorób w obliczu kłopotów z wyżywieniem rodziny część przychówku przeznaczył na eksperymenty medyczne. Wprawdzie wydźwięk całej sztuki nie jest antysemicki, jednak obecność tych dwóch scen z ich przesłaniem - gwałt etniczny miał rzekomo dobrą stronę, a wielodzietność w kontekście etnicznym warta jest wyśmiania - budzi niedowierzanie i zgrozę.

O uprzedzeniach i ich konsekwencjach nigdy nie da się powiedzieć za dużo. Społeczna waga problemu jest tak wielka, że pokazywanie tych samych zjawisk za pomocą różnych środków jest jak najbardziej zasadne. Tryb naukowy, publicystyczny i artystyczny uzupełniają się nawzajem. Słobodzianek napisał sztukę, która zasłużyła na najwyższe literackie uznanie odwagą krytykowania tego, co nieakceptowane w postępowaniu osób silnie identyfikujących się z własną grupą narodową czy etniczną. Dostało się zarówno Polakom (bardziej), jak i Żydom (mniej). Uczciwie, a więc krytycznie został potraktowany zaściankowy i ksenofobiczny kościół katolicki, choć i antyklerykałom się dostało ("Nic nie można zrobić w tym kraju. Klechy zawsze znajdą dojście"). Za to należą się autorowi słowa uznania.

Dyskusja po legnickim spektaklu niczego nie ujęła jemu samemu ani jego reżyserowi. Natomiast autor tekstu pokazał się od strony nadętej, uraźliwej, irracjonalnej. Wydawać by się mogło, że ktoś tak nagradzany, fetowany i chwalony odbierze słowa umiarkowanej krytyki jeśli nie z wdzięcznością, to chociaż z dystansem i łaskawością człowieka o sytej miłości własnej. Tymczasem ostra, atakująca odpowiedź świadczy o jakimś problemie z - dużą przecież - pisarską wielkością. Szkoda, że zamiast konkretnej wypowiedzi widzowie dostali nie nawiązującą do uwag mieszankę urażonej dumy i braku kompetencji poza uprawianą dziedziną.

Skoro utwór nie jest o dobru i złu, to tym bardziej nie jest chyba o jakiejś trudnej do racjonalnego wyjaśnienia winie przeszłych pokoleń i jej rozmaitych emanacjach. Do wyjaśnienia większości zachowań bohaterów wystarczyłaby elementarna wiedza z zakresu psychologii relacji międzygrupowych i wpływu społecznego. Niepotrzebne powołanie się na absurdalną i szkodliwą pseudopsychologiczną ideologię tak zwanych Herlingerowskich ustawień, w co bardziej cywilizowanych krajach zdeprecjonowaną prawnie jako szarlataneria, nasuwa bolesne podejrzenia, że Tadeusz Słobodzianek sam nie rozumie, co napisał i dlaczego. Jego utwór nie potrzebuje się na szczęście tłumaczyć, bo jest, pomimo mielizn, wystarczająco dobry, by mówić samym sobą.

Szkoda, że Autor na siłę próbuje udowodnić, że w kontaktach z widzami idzie mu znacznie gorzej niż za klawiaturą. Taka jednak bywa duchowa uroda twórców. Niektórym talentu wystarcza zaledwie na NIKE.

(Jarosław Klebaniuk, „Wystarczyło na NIKE”, www.wywrota.pl, 28.04.2012)