Gazeta Wyborcza: Teatr? Polski, Współczesny, Powszechny…

  • Drukuj

- Nie walczymy o stołki, ale o dostęp widzów do teatru - mówią sygnatariusze listu ludzi teatru "Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem". Roman Pawłowski rozmawia z reżyserami Moniką Strzępką i Pawłem Wodzińskim oraz z dramaturgiem Pawłem Demirskim. M.in. o sytuacji teatrów dolnośląskich.

 



Roman Pawłowski: Wasz apel w obronie teatru niekomercyjnego podpisało 3 tysiące osób. Wydaje się, że protest zaczyna przynosić skutki: dolnośląski wicemarszałek Radosław Mołoń wycofał się z pomysłu wprowadzenia menedżerów do teatrów, władze Warszawy zadeklarowały, że Teatr Dramatyczny pozostanie sceną niekomercyjną, w Legnicy prezydent nie wyrzuca dyrektora Jacka Głomba. Cel został osiągnięty?

Monika Strzępka: Nie osiągnęliśmy celu, wzbudziliśmy trochę strachu w urzędnikach. To, że paru z nich pod presją wycofało się z błędnych decyzji, nie znaczy, że problem został rozwiązany. W Rzeszowie np. dyrektorką Teatru Maska została polityczka PO, we Wrocławiu władze miejskie nie chcą ujawnić kandydata na dyrektora Teatru Współczesnego. W systemie teatralnym są dziury i nie chodzi teraz o to, aby je łatać, ale żeby naprawić całą autostradę. Paweł Wodziński: Naszym celem jest przywrócenie, a właściwie wprowadzenie czytelnych reguł finansowania i zarządzania. Chodzi o wszystkie teatry niekomercyjne: dramatyczne, lalkowe, operowe, muzyczne.

Obowiązujące prawo nie wystarcza?

M.S.: Niestety, nawet dobre zapisy prawa są z reguły łamane albo manipulowane. Dobry przykład to konkursy na dyrektorów, które są często nieprzejrzyste, nie wiadomo, na jakich zasadach powoływane są komisje konkursowe, jakie są kryteria wyboru. Często wybiera się dyrektorów bez konkursów, i wtedy już kompletnie nie wiadomo dlaczego. Jakiś czas temu dyrektorem Teatru Studio został ambasador powracający z placówki. Po roku odszedł do lepszej pracy w Kancelarii Prezydenta RP. Wszystko zgodnie z prawem. Inny przykład: tak zwana uchwała Mołonia. Pomysł zastąpienia dyrektorów artystycznych menedżerami był konsultowany z dwoma ciałami: ze związkami zawodowymi i społeczną radą kultury przy marszałku. W imieniu obydwu tych ciał zaaprobował go ten sam człowiek - Leszek Nowak, ślusarz pracujący w Teatrze Polskim, przewodniczący teatralnej "Solidarności".

Nowa ustawa o działalności kulturalnej nakłada na samorządy obowiązek organizowania konkursów na dyrektorów. To rozwiąże problem?


Paweł Demirski: Konkursy wydają się jedyną drogą, problem w tym, że wiele z nich jest ustawionych i wybitni twórcy nie chcą do nich stawać. Domagamy się upublicznienia procedur wyboru dyrektorów na każdym etapie, kandydatury i programy powinny być jawne.

M .S.: Trzeba zacząć od podstawowych spraw, kto tutaj jest dla kogo, czy obywatel dla urzędnika, czy urzędnik dla obywatela. Bo w tej chwili mam wrażenie, że ludzie teatru muszą ciągle o coś prosić urzędników, składać im hołdy i dziękować.

Urzędnicy twierdzą jednak, że teatr ma się dobrze, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz dowodziła w minionym tygodniu, że warszawskie sceny dostają od miasta więcej niż teatry w innych miastach.


M.S.: Dotacje, o których mówi pani prezydent, nie wystarczają na podstawową działalność teatrów. Teatr niekomercyjny nie jest w stanie się utrzymać nawet przy zapełnionej widowni. Dlatego chcemy, aby samorządy ogłaszały, jaka część dotacji idzie na koszty stałe, a jaka na działalność artystyczną. Wtedy realnie zobaczymy, ile tych pieniędzy jest.

P.W.: Gdyby nie wsparcie publiczne, bilet do teatru kosztowałby nawet 200 złotych, dla wielu widzów to cena zaporowa. Nie walczymy o pieniądze dla siebie, ale dla publiczności, aby mogła nadal kupować tanie bilety do teatru. Dotacje do teatrów są mniej więcej tym samym co dotacje do szkół. Umówiliśmy się, że edukacja jest zadaniem publicznym, dlatego władza publiczna dofinansowuje szkolnictwo. Podobnie jest z kulturą. Chodzi o to, aby zapewnić jak największej grupie widzów dostęp do kultury na równych prawach.

Ale Marek Kraszewski, szef stołecznego biura kultury, mówi, że w przeciwieństwie do edukacji kultura nie jest obowiązkowa.


M.S.: Po tej wypowiedzi powinien podać się do dymisji ze wstydu. Równy dostęp do kultury gwarantuje konstytucja. Jeżeli teatry tracą publiczne wsparcie, to ten dostęp zostaje ograniczony. Nie chodzi tylko o ceny biletów. Mikołaj Grabowski, dyrektor Narodowego Starego Teatru w Krakowie, na konferencji w ubiegłym tygodniu mówił, że dwa lata temu jego teatr przygotowywał 12 premier, dzisiaj o połowę mniej. I tak się dzieje we wszystkich teatrach.

P.W.: Teatr jest tak samo potrzebny jak edukacja, bo buduje naszą tożsamość. Nieprzypadkowo wiele teatrów nosi nazwę "polski".

M.S.: Wiele nosi też nazwę "współczesny", bo jednym z zadań teatru jest analizowanie współczesnej rzeczywistości.

P. W.: Niektóre też noszą nazwę "powszechny", co jest bezpośrednim nawiązaniem do idei równego dostępu do kultury. Poza tym teatr jest jedyną znaną mi przestrzenią, w której może dochodzić do ścierania się i negocjowania różnych wartości. Funkcje teatru są dużo poważniejsze, niż to określa obiegowa opinia.

Często słyszymy: "Po co dawać na teatry, niech artyści sami się wyżywią. Ważniejsze są szpitale".


P.W.: To co, mamy nie grać polskich tekstów? Młodzi Niemcy oglądają "Fausta" na scenie, a młodzi Polacy nie mogą oglądać "Dziadów"? Dlaczego mamy pozbawić polskich widzów możliwości uczestniczenia w kulturze, jaką mają mieszkańcy innych krajów Europy?

Jak rozumiem, urzędnicy nie są przeciwko teatrowi, który buduje narodową tożsamość. Wiceprezydent Warszawy Włodzimierz Paszyński chce na przykład, aby stołeczny Teatr Dramatyczny wrócił do tradycji klasycznego "holoubkowskiego" teatru, opartego na kanonie literackim.

M.S.: Kultura to nie jest wyłącznie muzeum. Nie możemy tylko konserwować tego, co zdobyliśmy do tej pory. Dyskutujemy z naszym dziedzictwem, ale musimy myśleć także o tym, aby pojawiali się nowi twórcy, nowe idee. Mickiewicz, Swinarski, Holoubek - oni wszyscy też kiedyś debiutowali.

Niektórzy, jak Joanna Szczepkowska, zarzucają wam, że walczycie o interesy tylko jednej grupy artystów, tych związanych z młodym teatrem.


M.S.: To tylko świadczy o tym, jak źle jest z naszą sferą publiczną. Trudno nam uwierzyć, że możliwe jest działanie w imię dobra publicznego, a nie dla partykularnego interesu. My nie walczymy o stołki.

P.W.: Utrwalanie języka podziału w środowisku teatralnym nie ma sensu, pojawiło się bowiem nowe zagrożenie. Teatrowi grozi wszechogarniająca komercja i rozrywka, dlatego po jednej stronie znaleźli się dzisiaj ludzie, którzy dotychczas byli w różnych obozach. Poza tym podział na nowy i stary teatr już dawno zniknął. Dzisiaj mamy do czynienia nie z dwoma obozami, ale z całą konstelacją twórców rozrzuconą na układzie współrzędnych. W teatrach pracują obok siebie starzy i młodzi, wystawiane są spektakle eksperymentalne i tradycyjne. Brak możliwości pracy, niedofinansowanie, niejasne reguły dotykają wszystkich.

Jakie będą następne działania protestujących?

P.D.: Po pierwsze, chcemy, aby znowelizowana ustawa o działalności kulturalnej nie stała się biczem na dyrektorów. Żeby nie służyła do niezrozumiałych, szkodliwych zmian w statutach teatrów, tak jak to stało się na Dolnym Śląsku. Dlatego będziemy domagać się od ministerstwa wykładni tych przepisów. Druga rzecz to upublicznianie wszystkich procedur związanych z powoływaniem dyrektorów.

P.W.: Trzeba zmienić tryb powoływania dyrektorów. Dzisiaj samorządy mianują ich w ostatniej chwili, kiedy nie majuż czasu na przygotowanie programu. Tymczasem przygotowanie programu dużego teatru zajmuje co najmniej rok pracy. Karin Beier, dyrektorka teatru w Kolonii, kilka miesięcy temu dostała propozycję objęcia teatru w Hamburgu od sezonu 2013/14. Czyli ma dwa lata, aby przygotować program. Ta decyzja nie wymaga niczego poza wyobraźnią człowieka, któryją podejmuje.

M.S.: Teatr potrzebuje osobnej ustawy, jak kinematografia. Trzeba renegocjować finansowanie teatrów publicznych, zagwarantować pieniądze na produkcję. I walczyć o długofalowość finansowania. Dochodzi do paranoicznej sytuacji, że dotacje są obcinane w połowie sezonu. Teatr, aby zrealizować spektakle i wywiązać się z umów, popada w długi.

P.D.: Nie możemy czekać, aż nowa ustawa zostanie uchwalona. Działać trzeba teraz. Jeżeli tego nie zrobimy, to za parę lat może się okazać, że ustawa nie będzie potrzebna, bo nie będzie już publicznego teatru.

(Roman Pawłowski, „Polski, Współczesny, Powszechny”, Gazeta Wyborcza, 2.04.2012)