Teatr dla Was: „III Furie” wściekłe i bezradne

  • Drukuj

Legnicki spektakl Libera dotyka czułych punktów, nie pozwala na wytchnienie, jest bezczelny, zadaje niewygodne pytania. Ostatnie z nich, skierowane wprost do publiczności: ,,Czego życzymy Polsce?” pozostaje bez odpowiedzi. Zamiecione pod dywan brudy nie dają się tak łatwo schować. O „III Furiach” pokazanych na Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi pisze Szymon Spichalski.



 

Zaaranżowana przestrzeń, jak zwykle u Libera, obejmuje całą szerokość widowni. Tuż przy wejściu na scenę zespół Radio Error rozgrzewa się, grając punkowe riffy. Wzdłuż pierwszego rzędu krzeseł poukładano czerwone siedzenia, jak w poczekalni. Ściany są białe, zakurzone, gdzieniegdzie pomazano je czerwoną farbą. Po lewej – duży mural Tymona Jezierskiego, nawiązujący do ,,Melancholii” Malczewskiego. Szarymi konturami odwzorowano szkic obrazu. Karmazynowymi dorysowano wydarzenia po malarzu – milicjanta z pałą, powstańców strzelających przez okno, mównicę wyborczą. Estetyka spektaklu jest krzykliwa, Liber stawia... (tu tekst się urywa - przyp. @KT).

Furia II (Katarzyna Dworak), ubrana w jasną bluzę z kapturem oraz czarne, lateksowe legginsy, podkreślone butami na obcasie śpiewa ,,Gdzie są kwiaty z tamtych lat?” Sławy Przybylskiej. Tablica elektroniczna w tle informuje widza, że to prolog. Rozpoczyna się telewizyjny show, którego konferansjerem jest MC Apollo (Rafał Cieluch). Widać wyraźnie nawiązania do ,,Orestei” Klaty, a wkrótce i do ,,(A)pollonii” Warlikowskiego. Postać boga przeżywa wszystkie emocje postaci, którym zadaje niewygodne pytania. Przesuwa się wzdłuż ścian, przedrzeźnia martyrologiczne gesty. Jego podkrążone, czerwone oczy świadczą o zmęczeniu własną rolą. Może kpić, ale żadnej władzy nad ludźmi już nie ma. Jest Jokerem – błaznem, udowadniającym światu, jak bardzo się myli. Świetna rola Cielucha daje mu cechy zaskakująco ludzkie, jak cynizm, złośliwość, ale i pewnego rodzaju współczucie, zdolność do refleksji.

Stefania Mutter (Joanna Gonschorek) próbuje kupić od Pani Markiewiczowej (Ewa Galusińska) zielony płaszcz retro. Na tablicy pojawia się przepowiednia, jakoby nałożenie tego płaszcza na Heraklesa miało ocalić Polskę. Herosem jest w przedstawieniu Stefan Markiewicz-Dąmbski (Mariusz Sikorski), żołnierz AK, którego wspomnienia stały się jednym z motywów widowiska. Do transakcji nie dochodzi. Mutter składa donos na drugą kobietę, SS-man (Robert Gulaczyk) odbiera jej życie. Śmierć nie przychodzi od razu. Biała sukienka Markiewiczowej zostaje splamiona krwią, ale jej rola jeszcze się nie skończyła. Prolog zostaje przerwany przez Apolla. Gest Stefanii nie był egoistyczny, musiała zadbać o swoją rodzinę. Biel po raz pierwszy zetknęła się z czerwienią.

Pierwszą część stanowi historia Dzidzi z książki Sylwii Chutnik. Nic nie zostaje jednak pokazane z jej perspektywy. Pojawia się jedynie w słowach swojej matki, Danuty (Joanna Gonschorek), wnuczki Stefanii. Rodzinne fatum wisi nad bohaterami niczym w antycznej Grecji. Dziecko, kaleka, urodziło się już po śmierci trzech poprzednich, zdrowych niemowląt. Niechciany potomek, urodzony przez usta, jest kadłubkiem. Ludzie dookoła próbują wmówić Mutterowej, że powinna oddać je do przytułku lub ośrodka opieki społecznej. Instynkt macierzyński ustępuje pragmatycznemu myśleniu. Warto zauważyć, jak Liber rozkłada wszystkie racje. Żadna samodzielna decyzja bohaterów spektaklu nie wynika tylko z ich błędu. Odpowiedzialność za winę jest zbiorowa.

A kpi reżyser ze wszystkich i wszystkiego. Dostaje się i lewicy, i prawicy, obrońcom moralności, jak też ślepym apologetom bezwzględnej wolności. Mutterowa wpada na pomysł, jak wyłudzić pieniądze, ale nie stracić dziecka. Gonschorek oddaje wszystkie subtelności matczynego oddania i troski, przy trzeźwym myśleniu osoby, która chce przede wszystkim zadbać o siebie. Jest przy tym dokładna, nie przekracza żadnej granicy, ale fascynuje i stanowi, obok roli Markiewiczowej, symbol rodzicielskiego cierpienia. Liber wyśmiewa kompleks warszawski, chęć zrobienia kariery za wszelką cenę, odkładanie ,,na później” rodzenia dzieci, jakby miało to być paraliżujące wręcz ograniczenie własnej wolności. Pracownicy opieki społecznej ubrani są jak metroseksualiści, wręcz wyrywają Dzidzię z rąk matki.

Twórcy wyśmiewają łatwość oddzielenia dziecka od rodzica pod zarzutem ,,patologii”. Nikt nie przygląda się wtedy dogłębnie więziom emocjonalnym, kierując się wyłącznie materialnymi przesłankami. Tatuaż na ramieniu jednego z inspektorów głosi: ,,Everything I want always do”. Obie postacie są aniołami ideologii New World Order, gdzie wolność jest bezwzględnym nakazem, egzekwowanym niczym w państwie policyjnym. Mężczyźni okazują się homoseksualistami, tuląc się do siebie i tańcząc w rytm hymnu gejów - ,,YMCA”.

Równie bezwzględni okazują się ,,zwykli”, ,,tutejsi” mieszkańcy Polski. Wieszają Dzidzię w kościele jako znak kalectwa i cierpienia. Uwydatnia się tu kolejny temat ,,III Furii”, mianowicie manipulacja. Igranie ludzkim bólem na potrzeby zbiorowości, wszak czy którykolwiek z męczenników naprawdę chciał umierać? Wisieć na krzyżu? Urodzić się z poważną wadą genetyczną? Niezawinione cierpienie jednostek ma służyć podtrzymaniu podstawowych dla społeczności wartości. Tylko że to status quo ma swoją rację bytu wyłącznie za sprawą aktu dehumanizacji. Relatywizm moralny Polaków zostanie wykpiony jeszcze w drugiej części. Nawet Matka Boska (Małgorzata Urbańska), cała w czerni, poradzi Danucie oddanie dziecka, tak jak Maryja oddała swoje ,,dla dobra zbiorowości”. Tylko że Mutter chce działać, nie lamentować potem pod krzyżem. Jej Wielka Improwizacja przypomina słowa Konrada, któremu bliżej jednak do ,,Wyzwolenia”, niż ,,Dziadów”. Kobieta pragnie zrzucić więzy Historii, narzucającej zbiorową odpowiedzialność i kolejne kategorie winy. Domniemanego grzechu, którego dokonać mogła zarówno ona, jak jej rodzina, rząd, masoni, Żydzi, Niemcy, bądź geje.
\
Do dźwięków muzyki Kurylewicza z ,,Polskich dróg” pojawiają się kosynierzy. Każdy ubrany w mundur z innego zrywu – kościuszkowskiego, styczniowego i warszawskiego. Szarża żołnierzy rozbija się o mural. Wszelkie nieudane powstania pokazują bezustanne rozbijanie się Polaków o mur Historii. Jak nadrobić sobie własne klęski? Szukaniem winnych wszędzie, nawet wśród rodaków. Ale nigdy w samym sobie. Rewizje dziejów są o tyle nieudane, że nie dokonują się w społeczeństwie. A rozwiązaniem nie jest ani konserwatywny nacjonalizm, ani płytki, nowoczesny liberalizm.

Gra Libera z konwencją dokonuje się przy przejściu do części drugiej. Aktorzy schodzą ze sceny, wywoływani przez Apolla. Rockowa wersja ,,Roty” wywołuje do głosu Markiewiczową. W wykonaniu Galusińskiej jest ona zaszczutą, obwinianą za czyny syna troskliwą matką. Dąmbski, będąc nastolatkiem, wykonywał wyroki śmierci na tych, których wskazało dowództwo AK. Oczom widzów pokazują się ofiary ,,egzekutora”, uznanego powszechnie za bohatera i odznaczonego. Postacie trzymają ze sobą wieńce pogrzebowe ze wstęgami, na których widnieje ironiczne: ,,Polacy, nic się nie stało”. Jest dziewczyna, która prostytuowała się dla Niemców, aby utrzymać matkę i siebie. Ogolono jej głowę, a ojca zastrzelono. Robotnik został pobity i upokorzony przez byłego żołnierza partyzantki, który bardzo chętnie przyjął rolę ubeka w nowym systemie. Starymi metodami działał w imię nowej idei. Podobnie stało się z komunistką, zlikwidowaną jeszcze w trakcie wojny jako tą z innej partii. Jest wreszcie i ksiądz, którego kolaborację ukarano obcięciem języka, a potem utopieniem w rzece.

Można by zapytać, ile w tym prawdy. Czy wyśmiewający manipulację Liber sam nie ucieka się do podobnego zabiegu. Wszak prawdziwość historycznych wspomnień Dąmbskiego była już wielokrotnie kwestionowana. Ale do takich przypadków rzeczywiście dochodziło, tylko że wykonawcą wyroków nie zawsze był Markiewicz. Zabicie człowieka jest morderstwem, czy strzela się do SS-mana, czy do nieuzbrojonego chłopa. Ustanowione przez tradycję i konserwatystów symbole patriotyzmu są podszyte kłamstwem. Bo czy gdyby kazano Stefanowi zabić rodzicielkę, nie zrobiłby tego? Która matka okazałaby się dla niego ważniejsza?

Mityczne Furie ustępują Furiom bezradności. Szukając sprawiedliwości, kobiety (Katarzyna Dworak, Ewa Galusińska, Małgorzta Urbańska) zmuszone są wymierzać ją innym, jak i samym sobie. Są wściekłe, ale niewiele mogą zrobić. Religia i wszelkie wierzenia straciły swoją porządkującą funkcję, więc pozostaje jedynie apatia. ,,Ecce homo” – głosi napis na tablicy.

Finał spektaklu pokazuje niemożność łatwego rozgrzeszenia. Czy może nawet fakt, że jest ono w ogóle niemożliwe. Danuta godzi się z Markiewiczową, choć nie towarzyszy temu żadna radość. ,,Uczestnicy” dramatu stają w rzędzie przed widownią i słuchają dopisanych przez Apolla ,,szczęśliwych” scenariuszy na przyszłość. Zarysowane happy endy są w istocie krzywdzące i smutne, wymuszone na potrzeby ,,spektaklu o polskości”. Bo czy tego nie oczekuje publiczność? Te zakończenia nie rozwiązują żadnego z problemów, jedynie generują kolejne. Forma telewizyjnego show ma pokazać, że współczesna epoka nie znalazła odpowiedzi na żadne z pytań, zadowalając się fajerwerkami i ściągniętymi z Zachodu ideami.

Nieprzypadkowo pod koniec pierwszej części czas na tablicy elektronicznej staje nagle w miejscu. Stukot kół w tle i krzesełka uświadamiają, że pociąg Historii pędzi nadal. Demitologizacja nie powoduje, że świat staje się lepszy, ludzie są tacy sami, zmieniają się jedynie bóstwa. Spektakl Libera dotyka czułych punktów, nie pozwala na wytchnienie, jest bezczelny, zadaje niewygodne pytania. Ostatnie z nich, skierowane wprost do publiczności: ,,Czego życzymy Polsce?” pozostaje bez odpowiedzi. Zamiecione pod dywan brudy nie dają się tak łatwo schować.

(Szymon Spichalski, „Matka Polka jest wku****na”, www.teatrdlawas.pl, 24.02.2012)