Polska Gazeta Wrocławska: plany dolnośląskiego teatru

  • Drukuj
10 września wrocławskie “Białe małżeństwo” w reżyserii Krystyny Meissner rozwiąże dolnośląski worek z premierami. Mnie chyba najbardziej intryguje kwietniowy “Romeo i Julia” Szekspira w ujęciu spółki z Legnicy: Krzysztofa Kopki i Jacka Głomba (Teatr Modrzejewskiej). Oni nie robią nic po bożemu. Może być skandal – plany dolnośląskich teatrów w sezonie 2010/2011 analizuje Krzysztof Kucharski.


Czuję się tak jak ten osiołek, któremu w żłoby dano: w jednym owies, w drugim siano. Jestem nawet w gorszej sytuacji, bo oprócz siana i owsa mam jeszcze żyto (w butelkach), rzepak (bo może jestem uparty na biopaliwa), jęczmień (żebym kaprysił) i proso (dla przypomnienia). Wybrać trudno. Nowy sezon teatralny, dziesiątki spektakli na Dolnym Śląsku. Który zapowiada się najefektowniej? Mnie chyba najbardziej intryguje kwietniowy “Romeo i Julia” Szekspira w ujęciu spółki z Legnicy: Krzysztofa Kopki i Jacka Głomba (Teatr Modrzejewskiej). Oni nie robią nic po bożemu. Może być skandal.

Najbliższą bombą już 10 września będzie pewnie “Białe małżeństwo” Tadeusza Różewicza w reżyserii Krystyny Meissner (Wrocławski Teatr Współczesny), bo ciągnie się za tym miejscem i sztuką legenda premiery z roku 1975 Kazimierza Brauna.

Wtedy w bramie obok teatru pojawił się napis na tynku: “lepsze niż maliny są cycki Haliny”. Napis, jak widać, mało subtelny, dotyczył biustu Haliny Rasiakówny, która na scenie przy ul. Rzeźniczej grała Paulinę. Spektakl zszedł z afisza po ponad... pięciuset przedstawieniach. Dla nowej obsady to duże wyzwanie.

Trzecim premierowym projektem jest monodram Bartosza Porczyka “Farinelli” (Teatr Polski). Byłby to specjalny prezent dla entuzjastów ciągle granej przy kompletach “Smyczy”. Farinelli, który naprawdę nazywał się Carlo Broschi, do dziś uznawany jest za króla kastratów, czyli mężczyzn śpiewających sopranem. Nie wiem, co kombinuje Bartosz, ale przyznacie, że szykuje się ekscytująca jazda po artystycznej bandzie.

Od września 2006 roku czekamy na premierę spektaklu Krystiana Lupy, zawsze szumnie zapowiadaną przez dyrektora sceny na Zapolskiej we Wrocławiu. Myślę, że czekać warto, i może - tym razem - do czterech, a nie trzech razy sztuka. Swoją drogą, we Wrocławiu Lupa mógłby odbudować swój wizerunek po tych agresywnych pośladkach prezes Szczepkowskiej. Co wystawi we Wrocławiu, nikt nie wie. Byle czego nie chcemy.

Skoro już jesteśmy pod torami, to z jeszcze większą ciekawością czekam na premierę piekielnie zdolnej warszawianki Barbary Wysockiej. To będzie “Szosa Wołokołamska” - prosta droga do Moskwy, na której zatrzymał się Hitler ze swoją wojenną machiną. Dramat w pięciu częściach napisał Niemiec Heiner Müller. Gra trzech aktorów. W ubiegłym roku Wysocka wystawiła z kwartetem aktorów najlepszy spektakl na Dolnym Śląsku - “Kaspara” Petera Hand-kego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym.

Kto ma trochę teatralnego czuja, od paru lat czeka na spektakle Jana Klaty. Jego przedstawienia mogą się podobać jednym bardziej, drugim mniej, ale to mistrz współczesnego teatralnego bajeru. Jego przedstawienia ogląda się jak komiks.

Reżyser zapowiada w Teatrze Polskim aż dwie premiery: “Kazimierza i Karolinę” Ödöna von Horvátha oraz głośny “Utwór o Matce i Ojczyźnie” Bożeny Keff (styczeń). Pierwsza premiera w październiku. Klata, który jest przede wszystkim teatralnym publicystą reagującym na to, co się dzieje w kraju i na świecie, wybrał tę sztukę, bo opowiada o miłości w czasach inflacji i bezrobocia oczami lewicującego dramaturga.

Witold Gombrowicz pojawi się z “Trans-Atlantykiem”, który wyreżyseruje Jarosław Tumidajski, a za nim Ula Kijak, która miała gombrowiczowski falstart (“Zdarzenia na brygu Banbury”) we Wrocławiu sześć lat temu. Już jej tego nie wypominajmy, bo szykuje feministyczny “Sztandar ze spódnicy”. Oba te zdarzenia na scenach Wrocławskiego Teatru Współczesnego. Krzysztof Garbaczewski, który we Wrocławiu zrobił dwa koszmarne przedstawienia, ale w Wałbrzychu zaintrygował wszystkich “Opętanymi” według tego samego Gombrowicza, wróci na sprzyjającą mu scenę “Gwiazdą śmierci”, która będzie polemizować z filozofią filmowo-telewizyjnej sagi “Gwiezdne wojny”.

W podobnym kierunku pójdzie skompromitowany w stolicy Dolnego Śląska Wiktor Rubin (czas zmienić pseudonim), który w dawnym zagłębiu węgla ma się ślizgać wokół mitu Jamesa Bonda.

(Krzysztof Kucharski, “Kto na deskach”, Polska Gazeta Wrocławska, 31.08.2010)