Marta Pulter: „Palę Rosję – opowieść syberyjska”

  • Drukuj
Przedstawienie jest świetnie zagranym obrazem scenicznym. Scenografia urzeka – jest prosta i funkcjonalna jednocześnie. Spektakl nie atakuje prawdami o świecie, nie tętni także  artystostwem. Widza porusza przede wszystkim szczerość ludzkich zachowań. O legnickim przedstawieniu Krzysztofa Kopki w reżyserii Jacka Głomba pisze Marta Pulter.

Jak przeciętny, zadowolony z życia, dorosły Polak myśli o Rosji? Czy w ogóle o niej myśli? Czy w Polsce w XXI wieku interesuje nas to, jakim krajem faktycznie jest Rosja? Odnoszę wrażenie, że mimo iż docierają do nas przeróżne treści -zarówno relacje z areny politycznej, jak i informacje gospodarcze i kulturalne z tego kraju, więcej jesteśmy w stanie powiedzieć o obywatelu Czech, Ukrainy czy Niemiec, niż o przeciętnym Rosjaninie. Wydaje mi się, że przyczyną tego stanu rzeczy w dużej mierze jest lekceważenie, z jakim Polacy traktują naród rosyjski i jego ruską i radziecką przeszłość, lekceważenie, które wynika niejednokrotnie z wciąż pokutujących zaszłości.

Polsko-rosyjski dialog najwyraźniej nie miewa się najlepiej. Wskazane są zatem próby nawiązania relacji między mieszkańcami obu państw. Jedną z takich prób jest zrealizowane przez Teatr im. Modrzejewskiej w Legnicy przedstawienie „Palę Rosję! - opowieść syberyjska”. Sztuka Krzysztofa Kopki w reżyserii Jacka Głomba ukazuje perypetie przedstawicieli obu narodów w dwóch pozornie różnych sytuacjach. Pozory te stwarzają odmienne płaszczyzny historyczne, będące tłem dla rozgrywających się na scenie wydarzeń. Bohaterami każdego z planów są stereotypowi Rosjanie i Polacy, którzy we wzajemnych stosunkach traktują się niemniej stereotypowo.

Fabuła sztuki ma na celu ukazanie obecnego w świadomości Słowian sposób myślenia o sąsiadach i skonfrontowanie go ze scenicznymi realiami. Co ważne - dzięki odbytemu przez legnicki teatr, syberyjskiemu tournee, sztukę mogli zobaczyć również widzowie rosyjscy. Doszło zatem do faktycznego zderzenia punktów widzenia, które owocuje dyskusjami w teatralnym środowisku obu państw.

Wyjazd do Rosji nie jest przez Polaków nazywany wycieczką, wizytą, nie jeździ się do Rosji na wczasy. Na wschód odbywa się wyprawy, podróże, często sentymentalne.  W taką wyprawę wybrali się bohaterowie przedstawienia. Trójka młodych Polaków dociera do jednej z syberyjskich miejscowości w celu odnalezienia grobów pradziadów-zesłańców, którzy próbę wszczęcia powstania, przypłacili życiem.
 
Bohaterowie to postacie o cechach, jakie u obywateli Polski zauważyć można bardzo często. Traktują sytuację, w której znaleźli się z własnej, nieprzymuszonej woli, jak zło konieczne. Są zamknięci na nieznaną Syberię, nie chcą jej doświadczyć, poznać. Przybyli tu z misją i ważne jest dla nich, by jej przebieg toczył się zgodnie z ich polskimi, subiektywnymi założeniami. Nie trudno więc o „niespodziewane” czynniki zewnętrzne, które sprowadzają te założenia na przysłowiową ziemię, będącą, notabene, głównym elementem scenografii.

Środkowosłowiańska mentalność silnie ogranicza przybyszom horyzont poglądów. Ich zachowania śmieszą widza. Dostrzega  w nich często siebie, swoich znajomych i sąsiadów. Śmieje się z łatwowierności, przez którą bohaterowie dają się oszukać grupie miejscowych dowcipnisiów, wpisujących się dokładnie w standardowy obraz mieszkańca Rosji, widzianego oczyma Polaka. To ta naiwności, każe bohaterom wierzyć w bezustanną obserwację, jakiej podlegają ze strony Federalnych Służb Bezpieczeństwa. Nie dziwią się pojawieniu szamanki rzucającej klątwy, czy kilkukrotnym, bezskutecznym  próbom uśmiercenia jej z rąk wspomnianej szajki przebierańców.

Polacy zdają się nie patrzeć racjonalnie na całą sytuację, odbierają ją przez pryzmat tkwiących w nich stereotypowych oczekiwań wobec Syberii. Widz polski patrząc na scenę, momentami wstydzi się za współrodaków, ale traktuje ich także z przymrużeniem oka, nie bez dozy współojczyźnianej solidarności . Rosyjscy bohaterowie również nie budzą w nas pełnej sympatii, nie są jednak naiwni, przez co mogę zyskać odrobinę większy szacunek widza. Traktują przybyszów z ewidentnym dystansem. Początkowo natrząsają się z gości, wykorzystując ich zaściankowe myślenie. Z czasem jednak kilkoro angażuje się emocjonalnie w nowo nawiązaną znajomość, co ostatecznie doprowadza do przełamania barier międzykulturowych i żywo zakrapianego, okraszonego radosnym śpiewem bratania się.

Na płaszczyźnie historycznej ukazani zostali Polacy zesłani na Syberię w połowie XIX wieku (przodkowie bohaterów współczesnej odsłony) we wzajemnych relacjach z rosyjską ludnością. Mają oni styczność zarówno z  Rosjanami, którzy wiodą prosty żywot w syberyjskiej wiosce, jak i z tymi, którzy poprzez stanowiska wojskowe czy urzędnicze, sprawują formalną władzę nad zesłańcami. Polscy bohaterowie od pierwszych scen traktują miejscowych z nieukrywaną wyższością, budząc tym  niechęć widowni. Widz początkowo nie zastanawia się nad sytuacją zesłańców, razi go jednak sposób, w jaki polski kapitan, dystyngowana kobieta, a nawet kapelan gardzą drugim człowiekiem.
 
Stopniowo jednak lepiej poznajemy bohaterów. Widzimy, jak usiłują wbrew przeciwnościom wieść w miarę normalne życie, jak są sentymentalni, jak idealizują ojczyznę. W rozbrzmiewających na tajnych spotkaniach peanach nie wychwalają bohaterskich postaw Polaków, czy dobytku narodowej kultury ( której nieznajomość zostaje drastycznie zdemaskowana), lecz wywołujące u bohaterów wielkie wzruszenie, przykłady elementarza polskiej fauny. 

Z czasem zaczynamy współprzeżywać sytuacje w jakich znajdują się zesłańcy. Wtedy przypominamy sobie historyczne zdarzenia i faktyczne cierpienia, jakie spadły na ludzi przed dziesiątkami lat. Widzimy jednak nie tylko rosyjskich oprawców, ale również ich rodaków, którzy mimo pełnionych funkcji, czasem wbrew rozkazom, postępują zgodnie z  zasadami człowieczeństwa.

Polscy obywatele nie poddają się łatwo generalizacji. Są wśród nich postacie bardzo różne. Jest krzykliwy, pewny siebie kapitan, chętnie korzystający z życiowych uciech, jest kapelan, który nie zawsze sprawdza się w swojej funkcji przewodnika duchowego. Są państwo Migurscy – jak na małżeństwo skrajnie inaczej odbierający rzeczywistość, oraz obywatele Mydełko i Benedyktynowicz, dzięki swym „kombinatorskim” umiejętnościom doskonale wpisujący się  w przysłowiowe „Polak potrafi”. Nie znajdziemy wśród nich ideałów cnoty i książkowych przykładów patriotyzmu.

Nie znajdziemy również zbirów i okrutników. Obserwujemy ich w rozmaitych sytuacjach – od relacji handlowych, przez trudne chwile podczas pochówku zmarłych niemowląt w rosyjskiej ziemi, po radość z powodu przybycia do obozu „kobiet–ucieszycielek”. Wszyscy oni odczuwają atmosferę tymczasowości, zawieszenia w obcych realiach. Gdy pojawia się więc zdradliwa zachęta Kołpakowskiego do rozpoczęcia powstania, nie wahają się długo, by wcielić ją w życie . Bunt nie daje im jednak wymarzonej wolności, wręcz przeciwnie – płacą za występek życiem. 
 
Przeplatanie warstw czasowych okazało się doskonałym pomysłem inscenizacyjnym. Kolejne odsłony ukazują stopniowy rozwój obu sytuacji. Każda z nich, mimo różnic w nastroju i tematyce, staje się uzupełnieniem dla drugiej. Dzięki konfrontacji planów czasowych wytłumaczyć można niechęć, jaką narody polski i rosyjski darzą się wzajemnie. Jednocześnie zabieg taki sprawia, że historia obu państw przepisana zostaje na historię jednostek -  poprzez rezygnację z ukazywania martyrologicznych losów zesłanych Polaków i zobrazowanie ich realnej, w pełni ludzkiej strony. Taki rodzaj podejścia do trudnych kwestii w międzynarodowych dialogach być może wpłynie na ich częstsze podejmowanie, a co za tym idzie – większą świadomość każdej ze stron i w efekcie przebudowanie relacji.

Przedstawienie jest świetnie zagranym obrazem scenicznym. Scenografia urzeka – jest prosta i funkcjonalna jednocześnie. Spektakl nie atakuje prawdami o świecie, nie tętni także artystostwem. Widza porusza przede wszystkim szczerość ludzkich zachowań. Nie ma tu recepty na poprawienie stosunków polsko-rosyjskich. Nie ma też subiektywizmu, który mogłyby prowadzić do konfliktów i nieporozumień. Często wystarczy jedynie zasygnalizowanie pewnych pozornie oczywistych prawd, by zaistniały.

Warto więc przypominać sobie nawzajem, że zupełnie niepotrzebnie zamykamy się na ludzi wokół, że traktujemy ich jak urzeczywistnienie tkwiących w nas subiektywnych przekonań. Być może uzmysłowimy dzięki temu choć nielicznym, że ludzie to coś więcej niż stereotypowe wyobrażenia o nich. Damy sobie i innym szansę wzajemnego poznania, dzięki któremu nasze stosunki będą nie tylko prawdziwsze, ale i przyjemniejsze.

Marta Pulter, Fundacja Teatr Nie-Taki