Krzysztof Kopka: „Dziennik sybirski” (fragment)

  • Drukuj
Autor dramatu „Palę Rosję! – opowieść syberyjska”, z którym - na przełomie września i października - legnicki teatr odbył trzytygodniowe tournee po Rosji prowadził podczas tej wyprawy zapiski, które przybrały formę dziennika z podróży. Całość ukaże się w trzech odcinkach w teatralnym miesięczniku Dialog. Publikujemy fragment, który odtwarza wrażenia z pierwszych dwóch etapów artystycznej wyprawy za Ural –  do Tiumeni i Szadryńska.



Dziennik sybirski (I) - Azja

Widziany z samolotu o piątej rano Tiumeń jest plamą intensywnego światła w ciemnej tajdze. Nikt nie oszczędza tu energii bo obwód tiumeński to rosyjski Kuwejt. Tu wydobywa się dziś najwięcej ropy naftowej.

Dla mnie Tiumeń to pierwszy krok po dzisiejszej rosyjskiej prowincji, „głubince”. I pierwszy test tego co wyczytałem przed podróżą a mianowicie, że Moskwa przejada lwią część dochodu narodowego państwa, rzucając jakiś ochłap Petersburgowi,  a resztę kraju pozostawiając w marazmie i rozpadzie.

Hotel „Olimp 5” potwierdza opinię publicystów. Dwunastopiętrowy blok, kiedyś bez wątpienia hotel robotniczy, o niedawno podwyższonym standardzie. Na całej trasie naszej podróży hotele zamawiali i opłacali nasi gospodarze. Płacili z wpływów ze spektakli, gdyż nikt nie dostał ekstra dotacji na „gości z Polski”. Dlatego też wszędzie gramy dla kilkuset osób i wszędzie mieszkamy w hotelach klasy „niższy urzędnik w podróży służbowej”. Męcząco,  ale interesująco. Wszędzie też bilety na nasze spektakle są drogie,  bo 350 rubli za Uralem to naprawdę dużo.

Okna „Olimpu” wychodzą na kolejowe torowisko. Tędy biegnie kolej transyberyjska, dzięki której Tiumeń wygrała swą pozycję lokalnej metropolii ze starszym i „kulturalniejszym” Tobolskiem (gdy kilka dni później oglądam w Tobolskiej telewizji dziennik, prognozę pogody rozpoczyna zdanie: „Jutro w duchowej stolicy zachodniej Syberii będzie słonecznie...”). Za torami blokowiska – rumowiska, wzniesiona przed trzydziestu laty z wielkiej płyty sypialnia miasta, która dziś malowniczo sypie się i rozpada. Między blokami gigantyczne kominy jakiejś fabryki walą w pogodne niebo kłębami białego dymu. Kasia Dworak jest zachwycona: wszystko tu przypomina jej Bytom, w którym się urodziła. Ale centrum Tiumeni Bytomia już nie przypomina.

W centrum wznoszony jest energicznie miejscowy Manhattan. Wielkie dźwigi taszczą w górę półokrągłe, trójkątne, trapezoidalne bloki betonu; w niebo strzelają postmodernistyczne biurowce. Szkło i aluminium. Kolorowo i dynamicznie. Jakby nie dotarły tu jeszcze pogłoski o światowym kryzysie...

I w tym pośpiechu, w jakim Tiumeń stara się stać sybirskim Houston czy Dallas popełniane są błędy. Coś tu szwankuje w urbanistyce, narasta jakiś zgrzyt między stalinowskimi blokami a wciśniętymi w ich podwórka, obłożonymi sprowadzonym z Włoch marmurem, bankami. Obok zajmującej cały uliczny kwartał siedziby British Petroleum – piętrowy, drewniany dom sprzed stu lat. Okna zabite deskami, zatkane kartonem, misternie rzeźbiona okiennica – oderwana. Wyraźnie niezamieszkały, wyraźnie przeznaczony do rozbiórki. Działki w centrum Tiumeni są dziś prawie tak drogie, jak w Moskwie,  więc los XIX wiecznego sybirskiego budownictwa drewnianego jest tu raczej przesądzony.
     
Giennadij Basow, attache prasowy Tiumeńskiego Teatru Dramatycznego, pokazuje nam dziurę w ziemi powstałą na miejscu zburzonego niedawno starego teatru. Założył go w latach 80 – tych XIX wieku we własnych składach soli miejscowy kupiec – filantrop. Giennadij mówi, że wystarczyło zejść do teatralnych piwnic,  aby odrąbać sobie ze ściany solny blok. I to była sól z Uralu: prawdziwa, czysta, bez śladu chemii. Giennadij nie ma wątpliwości, że komuś musiała wpaść w oko rozległa działka w centrum Tiumeni i że niebawem na tym miejscu wyrośnie kolejny przeszklony bank. Dokładnie taki, jak setki innych.

A stary teatr miał niepowtarzalną atmosferę, miał duszę – wzdycha. - Sprzedajemy naszą duszę. Zna pan przecież Moskwę. Co oni robią z Moskwą?! Nie ma już tej jedynej na świecie Moskwy starych, rozłożystych dworków. Apartamentowce, wieżowce, centra handlowe – jak wszędzie. - Globalizacja – mówię i smutno kiwamy głowami.

Nowy teatr ma kilometry pustych korytarzy,  ale duszy nie ma. Zbudowano go w niespełna dwa lata, oddano zaś do użytku w roku ubiegłym. Pięciopiętrowe gmaszysko z widownią na 800 osób wyglądające tak, jakby projektował je Antonio Corazzi (ten od warszawskiego Teatru Wielkiego). Czysty pseudoklasycyzm w skali jeden do jeden. Przed wejściem wielometrowe muzy z oczyma przesłoniętymi bielmem. Nie ma tu ani śladu ironicznej gry, jaką prowadzą budowniczowie moskiewskich apartamentowców, gdy swój punkt wyjścia – bryłę stalinowskiego pałacu – łamią nagle attykami, mauretańskim łukiem czy romańską absydą.

W weekendy przed teatr przyjeżdżają nowożeńcy, żeby zrobić sobie zdjęcie. Ten nowiutki, jak spod igły, zabytek jest też żelaznym punktem wycieczek odwiedzających stolicę obwodu. Wieloletni pracownicy teatru wzdychają za starym budynkiem,  ale z dumą oprowadzają nas po nowym gmachu pokazując hiszpańskie fotele, włoskie marmury i czeskie żyrandole.

Na Szadrińsk!


Kiedy chłopakom z obsługi tiumeńskiej sceny powiedziałem, że naszym następnym przystankiem jest Szadryńsk, to aż złapali się za głowy. Gdzie was niesie?! A wy – pytam – byliście w Szadryńsku albo w Iszymie? Nie – odpowiadają z dumą – i na pewno nigdy nie będziemy.

To będzie się powtarzać w czasie całej podróży: kolejni gospodarze będą nas uprzedzać – wiecie, u nas, cóż, jest jak jest i jakoś się żyje ale ten... (tu wymiennie – Iszym, Irbit, Szadryńsk) to już całkowite dno!

Wyjeżdżamy z Tiumeni w porannych korkach,  mimo że jezdnia ma po trzy pasy w każdą stronę. Za oknami autobusu plac budowy: kładzie się chodniki, buduje estakady. Być może już za chwilę Tiumeni przestanie grozić błotna kąpiel i chodzenie po deskach, które opisał Jacek Hugo – Bader w „Białej gorączce”. Od listopada 2001 roku, kiedy powstał tiumeński reportaż Badera sporo się tu zmieniło (ale właśnie z tego opisu wziął się pomysł na ziemię i stos desek użytych w spektaklu).

Trzecią część 200 kilometrowej trasy do Szadryńska jedziemy wygodną autostradą. Potem robi się trochę gorzej,  ale i tak drogi tu są powyżej polskiej średniej. Koledzy w autobusie zachowują się jak japońska wycieczka. O, brzozy! Trzaska dzwadzieścia migawek. O, wieś! O, stara chałupa! O, chłop siedzi przed bramą! Trzask, trzask, trzask...

Po drodze do Szadryńska mijamy sześć lub osiem wsi i coś na kształt miasteczka. Jak na polskie przyzwyczajenia pusto,  ale w następnych dniach okaże się, że byliśmy w najbardziej chyba zurbanizowanym regionie Syberii. Nigdy później nie zobaczymy tylu zagród, tylu pól uprawnych, tylu kombajnów orzących pola: bruzda pięć kilometrów w jedną stronę, pięć kilometrów z powrotem. Czarna, wilgotna, tłusta ziemia odbija słoneczne promienie, jak tafla jeziora.

Nie mogę dojść czego mi w tych wsiach brakuje?... Dopiero, gdy w szóstej czy siódmej widzę, cerkiewną kopułę, dochodzi do mnie: w tych wsiach nie ma cerkwi. A ponieważ wsie są stare, to cerkwie w nich najpewniej zburzono w okresie walki z „opium dla ludu”. Jak w opowiadaniu Szukszyna: trzeba zaczepić łańcuchy o cerkiewną ścianę,  a potem traktorem ruszyć ostro do przodu.

W Szadryńsku...

... - powiedzieli mi chłopcy z Tiumeni – jest jedna dobra rzecz: woda mineralna. Smakuje jak Alka Selzer,  ale znacznie lepiej niż to chemiczne paskudztwo leczy kaca. Siła natury, rozumiesz. Bo Szadryńsk to uzdrowisko. (Wszystko mi się zgadza: w Szadryńsku mieszkać będziemy w sanatorium,  a nie w hotelu. Czyli – jedziemy do jakiegoś syberyjskiego Kisłowodska!)

 Tym większe jest rozczarowanie przy wjeździe: bo Szadryńsk śmierdzi. Bardzo ostro i bardzo chemicznie. A jeszcze do tego się sypie. Blisko osiemdziesięciotysięczna wieś. Krzywe domy, dziurawe płoty, koty wylegujące się na pełnym wyrw asfalcie. W centrum kilkanaście odrapanych chruszczowek usiłuje zadawać miejskiego szyku.

Równie odrapany jest teatr w Szadryńsku. Znajduje się przy ulicy Lenina,  a na frontonie ma tablicę, informującą że w tym oto gmachu w końcu stycznia 1918 roku bolszewicy odbyli zjazd „wyjazdowy” (tak jest napisane) i proklamowali swą władzę na terenie całego powiatu.

Spotkanie
     
Punktualnie o 12  pojawia się w teatrze Wasilij Iwanowicz. Jego wizyta jest zapowiadana nam od dwóch dni. Wasilij jest naczelnikiem szadryńskiej straży pożarnej,  ale z nami chce rozmawiać nie o warunkach BHP spektaklu, tylko – o Legnicy.

„Wie pan – mówi, gdy siadamy w garderobie – w ’87 skończyłem szkołę wojskową, byłem młodym lejtnantem i dostałem pierwszy przydział  - Polska, Legnica! Boże mój, za granicą!”

Większość swej dwuletniej służby odbył w Świętoszowie, gdzie stacjonowała cała dywizja Północnej Grupy Armii. Bardzo mnie się dopytuje co się stało z domkami oficerskimi: były takie piękne! Nie wiem, co się stało z domkami. Pewnie zostały sprzedane. Prywatnym kupcom? Pewnie prywatnym. Kiwa głową ze zrozumiem i rezygnacją: jasne, były takie wygodne, takie „ujutne”.

Wasilij był kwatermistrzem. Miał więc kontakt z Polakami: kupował od nich ziemniaki, kapustę. Zjeździł Dolny Śląsk. Jego syn urodził się w szpitalu w Szprotawie. Bywał w Świdnicy, Jaworze, Wrocławiu i – oczywiście – Legnicy, gdzie stacjonował sztab.

„Co za architektura! Tyle gotyckich kościołów! Takie piękne miasto. Jak idziesz od dworca, na wprost jest Teatr,  a po lewej taki wielki, czerwony kościół”.

Kiedy mówię, że świetnie wszystko pamięta, odpowiada: Cóż dziwnego? To był mój pierwszy pobyt za granicą… Zamyśla się i po chwili dodaje: I jak dotąd jedyny. Milknie, patrzy w okno, za którym kończy się melancholijnie złota, zauralska jesień i mówi: Ja mam dobre wspomnienia z Polski. Tylko dobre wspomnienia…
    
Następnego dnia, w połowie drogi z Tiumeni do Tobolska spotykamy kolejnego „legniczanina”. Dres, złoty łańcuch na szyi. Gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski pyta o kurs złotówki do rubla i do dolara. Przelicza w milczeniu. Na nazwę Legnica rozpromienia się. „Ekstra się tam handlowało. Kupiłem zegarek za 6000 złotych. Wy pewnie nie pamiętacie, co to był złoty bo macie ‘jewriki’. Ale w ‘85 to była kupa forsy. I zegarek był fajny: duża tarcza, melodyjka. Tyle, że chodził 17 minut! Maładcy! Przerobili mnie!”

Uśmiecha się szeroko. Zanosi ze śmiechu. Zęby też ma szczerozłote.