E-teatr: legnicki festiwal teatralny „Miasto” – pierwsza odsłona

  • Drukuj
Festiwal według założeń organizatorów, ma być przede wszystkim spotkaniem ludzi - dopiero później artystów. Zorganizowano go, by uratować i na nowo wykorzystać zrujnowane dziś hale, koszary, domy kultury i inne opuszczone obiekty, których w Legnicy nie brakuje - o Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym "Miasto" w Legnicy pisze Katarzyna Knychalska z Nowej Siły Krytycznej.

Po pierwszym dniu drugiej edycji legnickiego festiwalu można już mieć pewność, że pomysłodawca i organizator Jacek Głomb i tym razem nie zrezygnuje ze sprawdzonej i od lat konsekwentnie proponowanej w Legnicy wizji teatru. Wydarzenie ma przede wszystkim cele społeczne i to w pewnym sensie społeczne podwójnie. Po pierwsze proponuje teatr "dla zwykłych ludzi" - wychodzi z tradycyjnych, miękkich i przytulnych przestrzeni na legnickie podwórka. Snuje historie zapomnianych miejsc i ich mieszkańców.

Po drugie festiwal zorganizowano, by uratować i na nowo wykorzystać zrujnowane dziś hale, koszary, domy kultury i inne opuszczone obiekty, których w Legnicy nie brakuje. Dyrektor Teatru im. Modrzejewskiej traktuje swoją misję na tyle poważnie, że od jej realnych wyników uzależnia decyzję o organizacji kolejnej edycji festiwalu.

Po co rezygnować z pomysłu, który niezmiennie przynosi sukces? Zwycięskiej drużyny się nie zmienia. Z tego założenia wychodził zapewne Jacek Głomb, proponując na otwarcie festiwalu od dawna już oczekiwaną sztukę Krzysztofa Kopki "Palę Rosję!". I tu małe deja vu - dwa lata temu na otwarcie pierwszej edycji zagrano "Łemko" - spektakl, który miał zredefiniować stosunki polsko-ukraińsko-łemkowskie, wzruszającą baśń o zwykłych ludziach zaplątanych w trudną historię. "Palę Rosję!" to także prosta opowieść o burzliwych relacjach narodów - tym razem polsko-rosyjskich.

Tak jak w "Łemku", także teraz reżyser konsekwentnie walczy ze stereotypami - nie oskarża, a stara się zrozumieć. Nie staje po żadnej ze stron, nie politykuje, nie wylicza krzywd, ale dąży do zgody, chce rozmawiać i w ten sposób budować płaszczyznę porozumienia. Żeby rozmowa ta nabrała cech realnego dialogu, zespół pojedzie w październiku pokazać przedstawienie w siedmiu syberyjskich miastach.

"Palę Rosję!" (tytuł zainspirowany literacką polemiką między Paulem Morandem i Bruno Jasińskim) to opowieść rozgrywająca się w dwóch planach czasowych - współcześnie i w roku 1849, podczas nieudanego powstania syberyjskiego. Dwa wątki przeplatają się w naprzemiennie ułożonych scenach. Bohaterami historii współczesnej jest trójka polskich turystów podróżujących na Syberię w poszukiwaniu grobów przodków, przywódców zesłańczego powstania.

Podczas wyprawy będą uczestniczyć w zdarzeniach, które utwierdzą ich tylko w stereotypowych przekonaniu, że Rosjanie to naród agresywny i zacofany, który z byle powodu nasyła na znienawidzonych Polaków służby bezpieczeństwa. Tkwić będą w błędzie, aż do chwili, gdy okaże się, że członkowie tajemniczych rosyjskich służb, to tak naprawdę grupka niegroźnych i całkiem sympatycznych rabusiów, nie różniących się wiele od swoich polskich ofiar. Spotkanie uwieńczy tak lubiany przez Jacka Głomba happy end - nie obędzie się bez biesiady i kilku nowo zakochanych mieszanych par, pieczętujących międzynarodową zgodę.

Plan historyczny natomiast to opowieść o grupce powstańców z 1849 roku, zarażonych skrajnym romantyzmem i utopijną wizją ojczyzny, czasami śmiesznych w swojej martyrologicznej manii, nie pozbawionych osobistych przywar i małych grzechów, ale przede wszystkim przekonująco ludzkich, budzących zrozumienie, a nawet podziw. Aż żal, że w tym wątku happy endu się nie doczekamy.

Reżyser pozostaje wierny nie tylko tematyce swoich przedstawień, ale też ich scenicznej formie. "Palę Rosję!" rozgrywa się na podłużnej czarnej scenie, z dwóch stron zastawionej trybunami widowni. Rekwizyty ograniczono do małego stosu desek i kilku stołków. Odpowiedzialność za stwarzaną rzeczywistość zostaje zrzucona na barki aktorów. Wyzwanie nie jest małe.

Bardzo dynamiczna sztuka nie pozostawia czasu na wytchnienie. Fakt, że legniccy aktorzy nie znali języka rosyjskiego, nie powstrzymał reżysera od wprowadzeniem go do sztuki. Nie umieją? Nauczą się! I się nauczyli - całkiem, trzeba przyznać, nieźle. Zespół Teatru im. Modrzejewskiej dwoi się i troi, aby sprostać wymaganiom wartkiego scenariusza. Mimo gęstej i dwuwątkowej fabuły udało się im wspólnie z reżyserem stworzyć spektakl w pełni klarowny, niechaotyczny, trzymający w napięciu, z zaskakującym i pomysłowym zakończeniem. "Palę Rosję!" jest dowodem, że proste i skuteczne rozwiązania warto powtarzać jak najczęściej.

Kolejną propozycją festiwalową było dwuczęściowe przedsięwzięcie poznańskiej grupy Asocjacja 2006, wyreżyserowane przez Lecha Raczaka. Część pierwszą pokazano na placu przed starą Fabryką Fortepianów i Pianin, inaugurując w ten sposób społeczną misję festiwalu, dzięki któremu widzowie mogą się zapoznać z pięknymi, opuszczonymi i zrujnowanymi zakątkami Legnicy.

Spektakl uliczny "Rabin Maharal i Golem" to widowisko niezwykłe, szczególnie dzięki ogromnym metalowym konstrukcjom i machinom, które z impetem poruszały się po placu, nie zważając na stojących naokoło widzów. Kilkumetrowe koła, koń trojański, smok - każda z tych maszyn stanowiła odrębne, dopracowane w najdrobniejszym szczególe dzieło sztuki. Ciemny i zakurzony plac, stanowiący scenę, monumentalne ekrany i projekcje filmowe na ścianach opuszczonej fabryki, ogień i pył - wszystko dopełnia obraz miejsca apokaliptycznego, wymarzonego wręcz do rozegrania starej żydowskiej legendy o Golemie.

Ta niepokojąca sceneria pasuje bowiem doskonale do proponowanych przez Raczaka rozważań o konsekwencjach aktu stworzenia, niebezpieczeństwach związanych z ingerowanie w boskie kompetencje. Poznańska wersja legendy została zaadaptowana na potrzeby festiwalu i przemieniona na legnicki odpowiednik. Tak powstała "Sonata legnicka" - krótkie przedstawienie, pokazujące jak mogłaby wyglądać historia Golema rozegrana w miejskiej fabryce. Spektakl pokazano w jednej z fabrycznych hal, nie rezygnując jednak z przywilejów teatru ulicznego. Widzowie mogli swobodnie przemieszczać się po całej przestrzeni, a akcja toczyła się między nimi.

Pierwszy dzień festiwalu należał do Polaków. W kolejnych prezentowane będą premiery przygotowane specjalnie na tę okazję przez teatry z Czech, Hiszpanii, Turcji, Węgier, Łotwy i Francji. Gospodarze wysoko podnieśli poprzeczkę, na szczęście nie przewiduje się rywalizacji o nagrody. Festiwal według założeń organizatorów, ma być przede wszystkim spotkaniem ludzi - dopiero później artystów.

(Katarzyna Knychalska, „Festiwal Miasto. Odsłona pierwsza”, www.e-teatr.pl, 19.09.2009)