Nowa Siła Krytyczna: „Lustracja” Krzysztofa Kopki na festiwalu R@PORT

  • Drukuj
Tekst dramatu pociągnięty w realizacji w kierunku absurdu, najeżony jest skeczami i gagami, których nie powstydziłby się sam René Pollesch. Problem w tym, że w odróżnieniu od zabiegów niemieckiego reżysera, sprawiają wrażenie bezwładnej, chaotycznej gmatwaniny pomysłów, które miały, jak sądzę, unowocześnić spektakl i uatrakcyjnić (wyostrzyć?) poszczególne sceny. Zgrany i dobry legnicki zespół nie zawsze za wizją reżysera nadąża – pisze o „Lustracji” Łukasz Rudziński.

Po dniu prezentującym historię "małych ojczyzn" ciężar festiwalu został przeniesiony na rozliczenia z realiami PRL-u. Próba przybliżenia historii zastrzelonego przez oficera SB w 1982 roku Bogdana Włosika poprzedziła retrospekcyjny opis polskich pogromów na Żydach po II wojnie światowej oraz mechanizmy ordynarnej manipulacji historią przez wszelkiej maści lustratorów.

"Kochałam Bogdana W." w reżyserii Pawła Kamzy zagrano w byłych magazynach portowych. Dzięki temu przedstawienie odegrano w warunkach zbliżonych do tych, jakie mają aktorzy na co dzień w krakowskiej Łaźni Nowej. Nie pomogło to uchronić spektaklu przed banałem. Ważna tematyka, podejmowana głównie przez telewizję publiczną i jej cykliczne prezentacje w ramach "Sceny faktu", kompletnie się nie sprawdziła w konfrontacji z "żywym teatrem".

Vis vis widowni jest ławeczka, po lewej stolik i dwa krzesła przed typowym wytworem architektury komunistycznej - szarym, nijakim, kwadratowym domkiem. Po drugiej stronie biurko, krzesła i świetlówki oraz orzełek bez korony na ścianie - to pokój przesłuchań. W tle stalowa konstrukcja służąca za hutę, w której pracuje tytułowy bohater.

Marzena (Magdalena Biegańska) to dziewczyna z aparatem, czasem pstryknie czyjeś buty, czasem twarze przechodniów. Bogdan (Mateusz Janicki) jest jednych z nich. Tandetny sentymentalizm wątku miłosnego splata się z manifestacją sprzeciwu wobec władz Polski Ludowej i próbą prezentacji ciężkiej doli wszystkich Polaków. Kamza próbuje opisywać rzeczywistość lat osiemdziesiątych obiektywnie, po równo obdzielając codziennymi troskami katów (oficerów SB) i ofiary.

Ambitny w założeniach plan pokazania okrucieństwa tamtych czasów nie udaje się, ponieważ szwankują wszystkie elementy teatralnego rzemiosła - od tekstu dramatu, przez natrętnie powtarzane rozwiązania sceniczne, po nieudolną grę aktorską (zwłaszcza Magdaleny Biegańskiej). Nawet przejmujący moment pojenia przesłuchiwanej herbatą bez możliwości późniejszego oddania moczu, powtórzony i jeszcze przywołany w rozmowie, traci na ostrości.

Akcja, rozrzucona między życiem codziennym w czasach PRL-u i zaangażowaniem politycznym reprezentantów obu stron, rozpada się na szereg małych scen i oddzielnych sekwencji. Śmierć Bogdana Włosika staje się mało istotnym dodatkiem do tego nieudanego paradokumentalnego przedstawienia.

Niezbyt obiecująco zaczyna się "Żyd" z Teatru Polskiego w Bielsku-Białej. Reżyser Robert Talarczyk sięgnął po odważny tekst Artura Pałygi, zbliżony w tonie do "Strachu" Jana Tomasza Grossa. Pałyga porusza trudny temat polskiego antysemityzmu po II wojnie światowej i próbuje odbrązowić mit Polaków jako narodu straceńców za żydowskie dusze. Wskazuje, że często było dokładnie odwrotnie.

W małej miejscowości w jednej z sal lekcyjnych dyrektor zwołuje nadzwyczajną radę pedagogiczną, by omówić strategię przyjęcia izraelskiego gościa. Jego wizyta służy za punkt wyjścia do burzliwych rozmów nauczycieli na temat Żydów i ich doli. Początkowa wulgarna, głupkowata pogawędka, pełna niewybrednych dowcipów i gagów mniej więcej po godzinie spektaklu zmienia się w przejmujące wyznania ludzi uwikłanych w historię. Wypływają zadawnione winy i wyrzuty sumienia.

Piątka bohaterów reprezentuje różne postawy. Polonistka (Jadwiga Grygierczyk) była świadkiem pogromów i wygnania Żydów - sama mimowolnie brała w nich udział. Dyrektor (Kazimierz Czapla) objął swoje stanowisko w 1968 roku po wydarzeniach marcowych i przyznaje, że "zniszczył" poprzednią dyrektorkę. Dziadek Anglistki (Katarzyna Skrzypek) żył z zawłaszczonych pożydowskich majątków, z których ona do dziś korzysta. Ksiądz katecheta (Tomasz Lorek) stara się pogodzić miłosierdzie i nauki Jana Pawła II z wielowiekową niechęcią Kościoła do "starszych braci w wierze". Wuefista (Grzegorz Sikora) wychował się w atmosferze lęku przed wyznawcami Tory.
 
Ksenofobia, uprzedzenie i nieuzasadnione obawy ustępują stopniowo miejsca wstrząsającemu, ale oczyszczającemu wyznaniu winy. Sala, wyciemniona kirem okalającym ściany, sprawia wrażenie matni, z której poszczególni nauczyciele chcą się uwolnić. Przebywający tutaj (także widzowie) konfrontują się z polsko-żydowską przeszłością, która okazuje się siecią najprzeróżniejszych powiązań. Na ścianach wiszą podobizny różnych postaci, w finale podświetlone jak w muzealnej sali pamięci.

Szkoda, że reżyser nie bardzo ma pomysł jak ograć tekst Pałygi. Aktorzy snują się bez celu po sali, co chwila przysiadając na którejś z ławek. Oddaje to wprawdzie szamotanie się w sieci, ale nie ożywia tekstu, który zresztą niepozbawiony jest dłużyzn i taniego efekciarstwa (pierwsza część). Mimo wszystko jest to jeden z najważniejszych głosów o historii w tegorocznej edycji R@Portu.

Wieczorem najwytrwalszych czekała jeszcze "Lustracja" Krzysztofa Kopki z Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. Autor dramatu i jednocześnie reżyser przedstawienia postanowił ośmieszyć proces lustracji, piętrząc paradoksy i mieszając porządek komediowy z tragizmem ludzi napiętnowanych ślepą nagonką, organizowaną przez "sprawiedliwych" z Bronisławem Wildsteinem na czele.

Widzimy dwustronną scenografię (autorstwa Ewy Beaty Wodeckiej) - z jednej strony drzwi wejściowe parterowego szeregowca, z drugiej przytulne wnętrze IPN-owskiego gabinetu (w razie potrzeby mieszkanie dyrektorki szkoły, albo redakcja gazety). Tekst dramatu pociągnięty w realizacji w kierunku absurdu, najeżony jest najprzeróżniejszymi skeczami i gagami, których nie powstydziłby się sam René Pollesch. Problem w tym, że w odróżnieniu od zabiegów niemieckiego reżysera, sprawiają wrażenie bezwładnej, chaotycznej gmatwaniny pomysłów, które miały, jak sądzę, unowocześnić spektakl i uatrakcyjnić (wyostrzyć?) poszczególne sceny. Zgrany i dobry legnicki zespół nie zawsze za wizją reżysera nadąża.
 
Ten, kto zna tekst dramatu publikowany w "Dialogu", zdziwił się bardzo, gdyż jest on klasyczny, grzeczny i dostojny w konfrontacji z upstrzoną niewybrednymi bon motami realizacją sceniczną. Ta została znacznie rozbudowana, zwłaszcza o kafkowski motyw zapętlenia w urzędniczych gabinetach IPN-u, który przedstawiony jest jako miejsce igraszki niekompetentnych pracowników z podejrzaną przeszłością.

Kopka w wynaturzonej, karykaturalnie prześmiewczej, wersji prezentuje również dziennikarstwo śledcze, w jego przekonaniu opierające się na wyszukiwaniu "haków" i metodycznym szczuciu wszystkich dookoła. Jeśli ma się jakiekolwiek skrupuły, to ląduje się na bruku - tak jak Rafał (Rafał Cieluch). Spinająca całość historia listonosza - ofiary listy Wildsteina - schodzi na dalszy plan wobec manipulacji, jakiej ulegają prości ludzie.
 
Krzysztof Kopka, w obawie, że nie dość jasno wyartykułował swoje przekonania, nie pozostawia cienia niedopowiedzenia. Gdy Rafał wylatuje z pracy po kłótni z szefem, który siedzi w kieszeni biznesmena współpracującego w przeszłości ze służbą bezpieczeństwa, musi na odchodnym ironicznie dopowiedzieć: "to jest dziennikarstwo śledcze". Z wdziękiem słonia w składzie porcelany reżyser operuje środkami obcej sobie konwencji, choć udało mu się osiągnąć cel nadrzędny: wyśmianie procesu lustracyjnego. Tylko jak dociec kto śmieje się z lustracji, a kto z "Lustracji"?

(Łukasz Rudziński, Nowa Siła Krytyczna, e-teatr, 24.05.2006)