Ekscytujący i widowiskowy „Marat-Sade” na weekend

  • Drukuj

Spektakl Lecha Raczaka to rozbuchane inscenizacyjnie, efektowne plastycznie oraz muzycznie widowisko z historią w tle. 23 i 24 czerwca na dużej Scenie Gadzickiego. Wyjątkowo o 18.00. Spektakle te kończą legnicki sezon 2011/2012 na macierzystej scenie. Przed zespołem już tylko letnie podróże artystyczne i sezonowa przerwa.



Dramat Petera Weissa był teatralnym hitem lat 60-tych XX wieku. Grano go na całym świecie, od Berlina (światowa prapremiera w reż. Konrada Swinarskiego), po Nowy Jork (reż. Petera Brooka). W 1966 roku tę ostatnią wersję przedstawienia przerobiono na film, w którym zadebiutowała na ekranie późniejsza gwiazda brytyjskiego kina Glenda Jackson.

Zarówno wówczas, jak i dziś, moda na sztukę z Rewolucją Francuską w tle nie jest przypadkiem. Zawsze miała swoje pozaartystyczne powody. – Może ponownie coś wisi w powietrzu? – pyta sam siebie Lech Raczak. We współczesnej Polsce bezspornie mamy w tym przypadku do czynienia z artystycznym, ale gorzkim rozliczeniem z naszą bezkrwawą rewolucją sprzed ponad 20 lat. Bez gilotyny i szubienic, ale także „pożerającej” własne dzieci i cynicznie zapominającej o ideałach, które jej towarzyszyły.

Akcja dramatu toczy się w przytułku dla wariatów i osób uznanych za niebezpieczne dla napoleońskiej Francji  14 lat po zamordowaniu Jeana Paula Marata, lekarza, filozofa, dziennikarza, ale przede wszystkim jednego z przywódców Rewolucji Francuskiej, zwolennika terroru i bezwzględnych metod sprawowania władzy.

Najsłynniejszym pacjentem tego miejsca izolacji jest pisarz i wolnomyśliciel, skandalista markiz de Sade, który – w ramach terapii – decyduje się wystawić siłami pensjonariuszy sztukę o okolicznościach śmierci Marata. „Boski markiz” jest w tej sytuacji reżyserem, reżimowy dyrektor przytułku cenzorem, szaleńcy aktorami, a pielęgniarze strażnikami, by całość nie wymknęła się spod kontroli systemu.

Zainscenizowana sytuacja prowokuje wielki spór światopoglądowy pomiędzy „przyjacielem ludu” Maratem, a zwolennikiem nieograniczonej wolności jednostki markizem de Sade. To spór o wizerunek świata i metody jego naprawy. Spór pomiędzy rewolucją zamieniającą się w krwawą łaźnię, po której liczba niezadowolonych i biednych nie maleje ani na jotę, a pesymizmem i eskapizmem, które - potępiając zastane urządzenie świata - nie dają nadziei na jego odmianę.

Bez względu na te konteksty przedstawienie zatyka dech w piersiach. Bez chwili na nudę mamy okazję obejrzeć sztukę mądrą (choć trudną), a do tego kapitalnie zainscenizowane, doskonale zagrane,  trzymające w napięciu widowisko sceniczne. Fascynujące jest śmiałe czerpanie inspiracji zarówno z malarstwa (od słynnej "Śmierci Marata" Davida, po "Wolność wiodącą lud na barykady" Delacroix'a), jak i z filmów Louisa Bunuela ("Widmo Wolności", "Anioł zagłady"). Tempo, przepych inscenizacyjny i scenograficzny, sceny jak z koszmaru szaleńca - przerażające i pociągające zarazem.

„Nie rozmowa o przebrzmiałych ideach zachwyca w spektaklu Raczaka, lecz jego zmysłowość. Świetne kostiumy i wyrazistość postaci. Wrzące pod makijażem aktorów mięśnie i emocje. Dudnienie krwi, które słychać, podobnie jak oddechy widzów. Teatrzyk w przytułku szaleńców miał tylko odtworzyć scenę zamordowania Marata przez Karolinę Corday. W istocie każdy z bohaterów odbudowuje w nowej dla siebie sytuacji uczucia, namiętności, instynkty. Wybuchom furii towarzyszy tresura. Erotycznym ekstazom - zimny prysznic” – napisał w Dzienniku Leszek Pułka.

Bilet 25 zł (ulgowy 15 zł).

Grzegorz Żurawiński