Gazeta Wyborcza: teatralna walka na cepy

  • Drukuj

Jacek Głomb mówi, że nie ma usprawiedliwienia dla teatralnej hochsztaplerki. Nie ma usprawiedliwienia dla intelektualnej hochsztaplerki . A czymś takim jest ten manifest. Podziały, które stara się opisać, opierają się na nieistniejących kliszach i intelektualnych szlagwortach - mówi Monika Strzępka w rozmowie z Magdą Piekarską.



Magda Piekarska: Czuje się pani wyzwana na pojedynek przez dyrektora teatru w Legnicy Jacka Głomba? Pani spektakle reprezentują teatr, w który on uderza swoim manifestem.

Monika Strzępka: Pojedynkowała się szlachta, my bijemy cepami. Ale ja taką postawę doskonale rozumiem. To dobrze, że teatr chce mieć wyraźną linię repertuarową. Choć oczywiście można słuszność takiej koncepcji zakwestionować postulatem wolności twórczej: czy artysta musi się mieścić w odgórnie ustalonych ramach dyrektorskiego kuratorstwa? Jak rozumiem, Głombowi chodzi o teatr środka. Być może powinien o sygnowanie manifestu poprosić np. Pawia Szkotaka czy Macieja Englerta. Bo teatr, jaki postuluje w manifeście, istnieje i o ile się nie mylę, stanowi przeważającą część repertuaru polskich scen.

Robi pani modny teatr? Dla reżyserki, która prowadzi z rzeczywistością rodzaj walki wręcz, takie określenie nie będzie raczej komplementem. W modzie jest coś powszechnie akceptowanego, a nie drażniącego.


- Zapełniamy widownię, problematyka naszych przedstawień wychodzi poza szczuplejące z miesiąca na miesiąc lamy kultury, więc w tym sensie robimy modny teatr. Nie ukrywaliśmy nigdy z Demirskim, że zależy nam na jak najszerszej grupie odbiorców. Funkcjonujemy w systemie, w którym bez wsparcia mainstreamowych mediów nie jest to możliwe. Obieg festiwalowy pomimo wszystkich swoich wad i odświętności pozwala na kontakt z szerszą publicznością. Zresztą Jacek Głomb ma w repertuarze swojego teatru "III Furie" Marcina Libera - można powiedzieć, że jest to jedno z najmodniejszych przedstawień sezonu, a Liber jest jednym z najmodniejszych reżyserów. Czy wobec tego "III Furie" to hańba dla legnickiej sceny? Nie sądzę.

W manifeście jest mowa o tym, że nie ma usprawiedliwienia dla artystycznej hochsztaplerki.


- Słusznie. Moim zdaniem nie ma usprawiedliwienia dla intelektualnej hochsztaplerki. A czymś takim jest ten manifest. Podziały, które stara się opisać, opierają się na nieistniejących kliszach i intelektualnych szlagwortach.

Jacek Głomb postuluje powrót do teatru opowieści, wobec panującego dziś na scenach - jego zdaniem - świata dekompozycji. Z jego manifestu tchnie wiara, że prawda i piękno zwyciężą. Czy wierzy pani w historię z początkiem, środkiem i zakończeniem, w prawdę i piękno w teatrze?

- Nie wiem, czy w manifeście padło coś o prawdzie, pięknie i zwyciężaniu. Nie do końca też rozumiem, co ma prawda w teatrze do perfekcyjnie skonstruowanej fabuły. Mistrzami konstruowania fabuł są scenariopisarskie brygady Hollywoodu. Co do początku, środka, zakończenia: pełna zgoda. Nasze przedstawienia też zawsze je mają. Zgadzam się też z autorami tego tekstu co do demokracji w teatrze, ale rozumiem ją jako równe prawo dostępu do kultury, walkę z kulturowym wykluczeniem, a nie spiskowe teorie o zabieraniu widzom jakiegoś modelu teatru i zamykaniu go przed nimi w komórce. Wydaje mi się, że ten manifest wyrasta z różnicy zdań na temat roli współczesnego teatru - inaczej wyobraża sobie ją Jacek Głomb i twórcy, których zaprosił do współpracy, a inaczej artyści, których nazywa "modnymi", choć trudno zakładać, że wszyscy będą ją widzieć tak samo.

Na czym ta rola, według pani, polega? Po co robi pani teatr?

- Jacek Głomb jest bardzo ważną postacią teatru po 89 roku. Jedną z najważniejszych. Bardzo go szanuję za myślenie o teatrze jako o miejscu funkcjonującym przede wszystkim dla lokalnej wspólnoty. Co więcej, zgadzam się w pełni, że ta wspólnota funkcjonuje w szerszym kontekście. To, co mnie dziwi, to próba "uniwersalizacji ludzkiego doświadczenia". Jeżeli chcemy mówić o wspomnianym w manifeście "wykluczeniu społecznym", nie możemy pomijać konkretnych warunków, w jakich ono występuje. Kiedy słyszę hasło "uniwersalizacja doświadczenia ludzkiego", odbezpieczam rewolwer. Warunki społeczno-polityczne, w jakich dochodzi do niesprawiedliwości społecznej, są zawsze specyficzne dla konkretnego miejsca i czasu. Uważam też, że budowanie opozycji modny teatr kontra dobry teatr jest intelektualnym nadużyciem. Proponowałabym raczej opozycję: teatr komercyjny a niekomercyjny. Myślę, że w takim podziale znaleźlibyśmy się z Głombem po jednej stronie barykady.

W manifeście pojawia się też postulat szacunku do widza. Kim jest dla pani widz? Co się dzieje, kiedy z hukiem opuszcza on salę w trakcie przedstawienia?

- Pakt z widzem był dla nas od początku czymś absolutnie priorytetowym. Rozpoczynając pracę nad przedstawieniem, zawsze sporządzamy "mapę publiczności" - nie zdarzyła mi się chyba próba, podczas której nie myślałabym o tym, co z tego, co dzieje się na scenie, jest komunikatywne dla widza. Oczywiście publiczność nie jest homogeniczną masą - kompetencje kulturowe widzów są różne - zależy nam na tym, żeby spektakl był przestrzenią, w której może zawiązać się szczególna wspólnota, w której bez względu na przynależność klasową, na wykształcenie, nikt nie wychodzi z teatru tylko dlatego, że nie rozumie, co pada ze sceny. Zdarza się, że ludzie wychodzą. Choć bardzo rzadko. Nie mamy złudzeń, że można robić teatr dla wszystkich, Ale warto szukać wspólnej sprawy, emocji, gniewu.

MONIKA STRZĘPKA (1976) i Paweł Demirski (1979)
- reżyserka i dramaturg, para w życiu i na scenie. Laureaci tegorocznych Paszportów "Polityki". Ostatni ich spektakl to "W imię Jakuba S." w warszawskim Teatrze Dramatycznym

 


Dla Gazety

Piotr Cieplak, reżyser:

- Każdy sezon koronuje nowego króla zwierząt. Nie mam z tym problemu. I absolutnie nie czuję się wyautowany, zepchnięty na obrzeża. Jasne, kiedyś zbierałem wszystkie nagrody, teraz może co siódmą. Ale mam do tego dystans - przekroczyłem pięćdziesiątkę, jestem dużym facetem, nie interesuje mnie, kto kogo i dlaczego w życiu teatralnym. W projekt Jacka wchodzę z radością, po to żeby zrobić dobry spektakl. Choć dla temperatury życia teatralnego najlepiej i najłatwiej byłoby ustawić artystów biorących udział w projekcie na kontrze wobec tzw. modnych twórców, to ten typ konfrontacji niezbyt mi odpowiada. Oglądałem "W imię Jakuba S." Strzępki i ten spektakl mnie zachwycił, a ostatnie przedstawienia niektórych zaproszonych przez Jacka Głomba do udziału w projekcie reżyserów - niekoniecznie. Nie da się tu przeprowadzić prostych podziałów: młodzi - starzy, teatr nowoczesny - teatr staroświecki, modny - niemodny. Boję się ideologizacji tego sporu, a jednocześnie uważam, że taka dyskusja jest potrzebna. Ale ona powinna dotyczyć tego, czym jest współczesny teatr i jaki on jest. I jeśli efektem tego projektu będzie kilka fajnych przedstawień, to będzie największa korzyść.


Dlaczego teatralna kontrrewolucja?

Dyrektor teatru w Legnicy Jacek Głomb napisał w kontrrewolucyjnym manifeście "Teatr opowieści":  "Uważamy, że kryzys odwiecznego modelu opowiadania historii, które zastępuje się luźnymi kolażami obrazów, klisz, performence'ów, ma fatalne skutki (...) Nie chcemy i nie będziemy tworzyć teatru, który odrzuca i uznaje za banał historie z początkiem, środkiem i końcem, posiadające bohatera i uchwytny rozumowo sens (...) Nie chcemy ani teatru łatwego i przyjemnego, ani łatwego i nieprzyjemnego. W czasach, gdy zewsząd feruje się wyroki na Złego albo wygłasza peany na cześć Dobrego Polaka, chcemy pokazać Polaka (Nie) Zwykłego: nieoczywistego, barwnego, skomplikowanego (...) Nie ma idei, która mogłaby usprawiedliwić hochsztaplerkę (...) Pokutuje przekonanie, że produkt dla ludzi" musi być łatwą i pustą błyskotką, a prawdziwa sztuka - nadętym, niezrozumiałym bełkotem. Sztuka jako zwierciadło rzeczywistości praktycznie dziś nie istnieje - łatwiej odbić kicz i miałkość. My chcemy odbijać światy piękniejsze, różnorodne i niejednoznaczne. Nie plastikowe, krzykliwe i najzwyczajniej już nudne".

Wśród artystów zaproszonych do projektu jest urodzony w l946 roku Lech Raczak, ale większość to roczniki '60. Niektórzy z nich w poprzedniej dekadzie wyznaczali teatralne trendy - Agnieszka Glińska i Piotr Cieplak mają na koncie m.in. Paszporty "Polityki", których ostatni laureaci Monika Strzępka, Paweł Demirski i Krzysztof Garbaczewski uosabiają modny teatr, w który wycelował swój manifest Jacek Głomb.

Projekt "Teatr opowieści" został rozpisany na trzy sezony - po lutowej premierze "Innego chłopca" wg powieści Willy'ego Russella w reż. Pawła Palcata zobaczymy w marcu Czechowowskiego "Iwanowa" w reżyserii Linasa M. Zaikauskasa, w maju - muzyczną opowieść o pokoleniu lat 70. "Trzy zapałki kolejno" Łukasza Czują, a w październiku - lalkowego "Don Kichota" w reż. Adama Walnego. Piotr Tomaszuk, szef Teatru Wierszalin, w marcu przyszłego roku pokaże "Matkę Joannę od Aniołów", a w maju Lech Raczak- "Braci Karamazow".

(Magda Piekarska, „Teatralna walka na cepy”, Gazeta Wyborcza, 30.01.2012)