Spektakl Sylwii Chutnik, Magdy Fertacz i Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk w reżyserii  Marcina Libera to wściekle wykrzyczany protest przeciwko Polsce budowanej na powstańczym, narodowo-katolickim etosie cierpienia, ofiary i grobów, w której świat umarłych decyduje o losie żywych. To współczesna, feministyczna i punkrockowa, alternatywna wersja „Dziadów” w antycznym opakowaniu greckiej tragedii.

Pierwsze popremierowe wrażenia i emocje już opisałem („III Furie”. Emocjonalna wyżymaczka”– tekst znajdziesz TUTAJ).

Czas na zdecydowanie spokojniejsze i bardziej analityczne spojrzenie na legnicki spektakl, który – zbiegiem okoliczności – tym, którzy zechcą go obejrzeć towarzyszyć będzie w czasie wielkopostnych rekolekcji. Kto jednak lekcję religii, albo kościelną ławę, pomyli z teatralnym krzesełkiem może mieć problem z akceptacją zarówno treści, jak i formy przedstawienia granego na Scenie na Piekarach. Co zresztą już się zdarzyło. – Zaraz zwrócę to, czym mnie tu karmicie – skomentowała jedna z oburzonych pań opuszczających przedwcześnie widownię.

Jeśli bowiem „III Furie” potraktować w kategoriach rekolekcji, to wyłącznie teatralnych, narodowych, obywatelskich, a do tego odważnie rewizjonistycznych, które radykalnie odrzucają wszystko, co - oderwane od współczesnych realiów – niczym trup w szafie nawiązuje do romantycznej koncepcji polskości, całej związanej z nią symboliki mitów i urojeń (także patriotycznych i religijnych). Dla zwolenników „jedynie prawdziwej Polski” taki sposób wołania o normalność to bluźnierstwo, herezja i zdrada.

Nic zatem dziwnego, że autorski tercet zaproponował nam kobiecą wersję „Dziadów” śmiało nawiązując do ikony polskiego dramatu romantycznego. W dyskusji, ale i radykalnej opozycji do dzieła Mickiewicza. Wielka Improwizacja Matki Polki Danuty Mutter (Joanna Gonschorek), na której Bóg i wolna Polska mszczą się okrutnie za wojenne grzechy jej chciwej i prymitywnej babki, nieprzypadkowo nawiązuje formą do – nie mniej rozpaczliwego i bluźnierczego - monologu Konrada.
  • „Śpiewam dziś Pieśń Oburzenia, pieśń tworzenia nowej mnie. Siła i dzielność pozwalają mi krzyczeć, stać tu prosto z rozwianymi włosami i w zielonym płaszczu retro z martwym lisem. Ja tu jestem, widzicie? Moja Pieśń to nieśmiertelność, czuję nieśmiertelność, nieśmiertelność dla mnie i mojej córki dziś tu tworzę. Domagając się już nie tylko odszkodowania za krzywdy, domagając się odwołania historii tutaj, teraz. Od dziś! Od dziś nie ma żałowania za swoje grzechy, nie ma Boga, który mógłby je odpuścić. Słyszycie? Nie ma Boga, który mógłby je odpuścić! Sami musimy odpuścić i zapomnieć, że mamy zapomnieć”.
Powyższe to zresztą nie jedyne w „III Furiach” odwołanie się do „Dziadów”. Na scenie świat zamarłych stale towarzyszyć będzie żywym, przy boskiej obojętności, a nawet okrucieństwie wzmagającym cierpienie. Bez znaczenia, czy będzie to jątrzący rany szyderca Apollo z greckiego Olimpu (Rafał Cieluch), czy zimna jak głaz, nieczuła na łzy i matczyne błaganie o litość dla kalekiego dziecka, jasnogórska Czarna Madonna (Małgorzata Urbańska).

W drugiej odsłonie spektaklu czas się zatrzyma (pokaże to wyrażnie diodowy wyświetlacz). W świecie duchów nie ma bowiem przyszłości. Na pokrytych wieńcami grobach ofiar polsko-polskich wojen ich truchła opuszczą mogiły. Opowiedzą o sobie i okolicznościach tragicznej śmierci, by niczym gniewne Furie domagać się sprawiedliwości, jako prawa do odwetu i zemsty, nawet na umarłych. Z jednym wyjątkiem, w którym widzowie z zaskoczeniem rozpoznają postać księdza Jerzego Popiełuszki, jedyną, która zaapeluje o litość i miłosierdzie. U wrót scenicznego Olimpu Apollo upodobni się do mickiewiczowskiego Guślarza, wywoływacza widm przeszłości i mistrza ceremonii antycznych Dziadów.

Dwie postaci i dwie role są kluczowe dla legnickiego przedstawienia. Obie łączy okrutna historia splatająca ich losy, koszmarne matczyne tragedie i niewyobrażalne wręcz natężenie bólu. Obie aktorki (Joanna Gonschorek i Ewa Galusińska) odgrywają je na najwyższym poziomie emocji - po ich rozedrganych twarzach spływają najprawdziwsze łzy. Piekielnie trudne, doskonale zagrane i – co najmniej – na granicy bezpieczeństwa dla psychiki tych aktorek. Wielkie brawa, z dużą dozą obaw.

„III Furie” to - momentami wręcz obrazoburcze - oskarżenie Polski budowanej na cmentarzach, która nie może przerwać chocholego tańca na grobach i sławienia poległych kosztem żywych. To rozpaczliwy i wściekły w formie, apel o Polskę normalną, w której matki rodzić będą synów, a nie żołnierzy kolejnych powstań, bitew i wojen, w której gojenie się ran będzie ważniejsze, niż ich rozdrapywanie, w której w końcu przestaną śpiewać Syreny Wojny (np. ulubiony kawałek czyli "Hej chłopcy, bagnet na broń") i wyć rocznicowe syreny.

„Uważajcie, co czytacie swoim dzieciom przed snem” – taka przestroga padnie ze sceny w finale przedstawienia. Od siebie dodam jeszcze jedną - to spektakl trudny do przełknięcia dla osób nadwrażliwych na symbolikę narodową i religijną. Zwłaszcza dla strażników dogmatów i klisz, z których Polska budowana jest od dwóch stuleci.

Grzegorz Żurawiński

Zarys fabuły przedstawienia, jego literackie źródła, a także reżyserskie intencje znajdziesz w zapowiedzi przedpremierowej. Jest TUTAJ!
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież