Yorick: wywiad z „Człowiekiem Teatru 2018”

  • Drukuj

- Najważniejsze, abyśmy wciąż opowiadali ciekawe historie. Myślimy o tematach, którymi chcemy zainteresować twórców współpracujących z nami. Trzeba być wyrazistym w tym, co się mówi, a nie mówić dla samego mówienia. Dla teatru ważna jest sprawa! – mówi dyrektor legnickiego teatru Jacek Głomb w rozmowie Grzegorzem Ćwiertniewiczem dla internetowego pisma sekcji polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych.


Wrósł Pan w Legnicę tak bardzo, że trudno dzisiaj wyobrazić sobie to miasto bez Pana. Cieszę się, że dostał Pan kontrakt do 2021 roku i to bez konkursu. To bardzo dobra decyzja Zarządu Województwa dolnośląskiego.

Decyzje urzędników są decyzjami urzędników. Natomiast konsekwencja działania jest konsekwencją działania. Wolałbym mówić o tym, że Legnica jest wciąż otwartym projektem, że mamy tutaj ciągle dużo do zrobienia i ciągle przed nami sporo interesujących opowieści do zrobienia. Musiałem najpierw sam zmierzyć się z moją decyzją o pozostaniu w tym mieście. Dyrektorem Teatru Modrzejewskiej jestem od dwudziestu czterech lat. Kiedy o tym mówię, wywołuje to u niektórych pewien rodzaj zdumienia (śmiech).

Dłużej od Pana funkcję tę pełni tylko Maciej Englert. Warszawskim Teatrem Współczesnym kieruje od 1981 roku. Wróćmy jednak do Legnicy.

Uważam, że często te długie dyrekcje nie są najszczęśliwsze. Nie chcę podawać przykładów, ale jest ich przynajmniej kilka. Decyzja o pozostaniu na tym stanowisku wiąże się bardzo z odpowiedzialnością. Za teatr, za ludzi. Trzeba wiedzieć, czy uda się kolejnym zadaniom sprostać. Trzeba być ciekawym miasta, świata i opowieści. Chodzi przede wszystkim o to, by nie wpaść w rutynę. To jest największy problem. Dla mnie, oczywiście, także. Prowadzenie teatru to nie tylko nagrody i splendory, ale mnóstwo prozaicznych spraw, z którymi stykam się na co dzień. Prowadzenie teatru w niewielkim mieście, w mieście monoteatralnym, jest bardzo trudnym zadaniem. Należy więc dobrze obliczyć swoje siły, biorąc również pod uwagę choćby niejasną sytuację polityczną. Uznałem, że sensowniej dla teatru i dla mnie będzie, jeśli zdecyduję się na dalsze dyrektorowanie. Zaproponowałem marszałkowi Cezaremu Przybylskiemu, żeby powołał mnie na kolejną kadencję. Po zasięgnięciu opinii u ministra, prezydenta Legnicy (współprowadzi teatr), związków zawodowych, zdecydował się powierzyć mi tę funkcję w trybie pozakonkursowym.

Po ćwierćwieczu ciężkiej pracy dla Legnicy ma Pan prawo czuć się już legniczaninem. Jak jest w istocie?

Zabawna sytuacja. Wczoraj udzielałem wywiadu „Gazecie Krakowskiej”. Ponieważ pochodzę z Tarnowa, dziennikarz zapytał mnie, czy czuję się nadal tarnowianinem. Nie można chyba być tym i tym (śmiech). Tak, czuję się legniczaninem. Wszystkie moje emocje koncentrują się na Legnicy. Czuję się mocno patriotycznie legnicki. Nie jestem jednak zaślepionym patriotą. Dostrzegam mankamenty. Uważam w każdym razie, że trafiliśmy na „żyłę złota”, jeśli idzie o robienie teatru. To miasto dało mi tyle tematów, że nie miałem innego wyjścia, jak odpłacić mu za to miłością. Nie można nie kochać miasta, które nas zbudowało ideowo.

Włodarzom miasta często nie było z Panem po drodze, a przecież wiele Panu zawdzięczają. Legnica jest jedynym miastem w Polsce, którego sławę buduje teatr.

Różni nas przede wszystkim filozofia myślenia o mieście. Ja jestem za tym, by budować, magistrat, by burzyć. Władze chcą „plastikowego” miasta, ja chcę miasta z tą duszą, którą dali nam poprzednicy. Jesteśmy gospodarzami Legnicy raptem od siedemdziesięciu lat w jej wielowiekowej historii. Tu idzie głównie o spór ideowy. Nakłada się na to jeszcze kwestia charakterów i sympatii lub raczej jej braku. To, że buldożery zburzyły kino „Kolejarz” w czasie, kiedy ja świętowałem dwudziestolecie pracy w Legnicy, było jednym z najbardziej dojmujących przeżyć w moim życiu. Uważam, że temu miastu naprawdę potrzebna jest nowa energia, nowy pomysł na Legnicę.

Dlaczego tak bardzo zależało Panu na wprowadzeniu teatru w przestrzenie naturalne?

Teatr narodził się na placach, na rynkach, w kościołach. Zależało nam na powrocie do jego korzeni. Stąd pomysł na spektakle w zrujnowanych magazynach, ale i w kościele czy na dziedzińcu zamku.. Poza tym nie ma drugiego takiego miasta z tak popękaną architekturą, do tego wielofunkcyjną, jak Legnica. Przed wojną było tutaj czternaście sal, które służyły teatrowi. W PRL-u część nich zamieniono na magazyny, jak na przykład tę przedwojennego teatru Varietes, w której graliśmy spektakle „Łemko” czy „Czas terroru”. Wracamy do tych miejsc teatrem, ożywiając te przestrzenie. Dzięki temu zaczynają pełnić nowe funkcje, na nowo żyć.

To, że nie udało się stworzyć teatru, którego sceną byłoby miasto, nie jest Pana winą. Dlaczego za porażki władzy obwinia Pan siebie?

To nie są porażki w dosłownym znaczeniu. Człowiek powinien być uczciwy i mówić o tym, co się udało, co się nie udało. Nie do końca udało nam się stworzyć teatr, którego sceną jest miasto. Gdyby było inaczej, te miejsca by żyły. A nie żyją. Nie udało mi się przekonać do naszego pomysłu magistratu.

Może zmiana na stanowisku prezydenta pomogłaby zrealizować plany?

Sądzę, że tak.

Na przykład, gdyby prezydentem Legnicy został Jarosław Rabczenko…

Jeśli już mówimy o nazwiskach, to tak – Jarosław Rabczenko. Jeżeli ktoś myśli podobnie do nas, ma podobną filozofię, co do przestrzeni miejskiej, zmiana nie może się nie udać, musi być korzystna. Teatr potrzebuje wsparcia. I sponsorów, i urzędów. Gdyby nie kilku oświeconych urzędników, którzy mi pomogli po drodze, nie rozmawialibyśmy dzisiaj w tym miejscu.

Wrocławskich również?

Oczywiście! Złego słowa nie powiem o marszałku Przybylskim i to nie dlatego, że to jest mój szef, ale dlatego, że on rozumie, co my w tym teatrze robimy i nam pomaga.

Nie myślał Pan, by samemu wystartować w wyborach prezydenckich?

Trochę już się z polityki wyleczyłem. Dwukrotnie bezskutecznie kandydowałem do Senatu. Ale to nie dlatego. Przede wszystkim mamy inny świat. Na co dzień obserwujemy kompromitację klasy politycznej. Demontaż państwa, porażka elit – i rządzących, i opozycyjnych – jest problemem. Nie mam ochoty być politykiem.

Jest Pan mistrzem w przenoszeniu lokalnych historii na poziom uniwersalnych wartości. Łatwo reżyserowi mierzyć się z problemami regionu?

Nie jest łatwo. Zwłaszcza w naszym przypadku, kiedy już wiele powiedzieliśmy.

Sięga Pan jednak wciąż po nowe problemy. Pojawiają się dylematy przy wyborze tematów?

Nie snujemy lokalnych opowieści, żeby w kogoś uderzać. Tworzymy teatr z miłością do świata. Nie rozliczamy, nie stawiamy tez. Jedynie opowiadamy. To widz w tę opowieść wejdzie albo nie. Na razie nie mamy w planach lokalnych opowieści. Powrót do lokalności w „Przerwanej odysei” na razie nam wystarczył. Jestem teraz często zapraszany do reżyserowania poza Legnicą, często proponuje mi się lokalne opowieści, ponoć jestem od nich specjalistą (śmiech). Teraz odmawiam. Muszę od nich odpocząć. Mam za sobą dwie duże lokalne opowieści: „Stilon – najlepszy ze światów”, który wyreżyserowałem w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim i „Czarny ogród”, nad którym pracowałem w Teatrze Śląskim w Katowicach.

Skoro wspomniał Pan już o Teatrze Śląskim, zapytam, czy widzi Pan podobieństwo między teatrem katowickim a legnickim? Dużo w Robercie Talarczyku z Jacka Głomba.

Oczywiście, że tak. Robert często podkreśla, że uczył się teatru w Legnicy. I to jest dla nas bardzo zobowiązujące, że zdolny artysta współczesny pewien rodzaj myślenia o teatrze wziął od nas. Podobieństwa widać zwłaszcza w jego przedstawieniu „Piąta strona świata”. I to jest piękne! Zależy nam przecież na tym, aby nasz legnicki język teatralny, który wytworzyliśmy, był rozpowszechniany. Przyjaźnie w sztuce nie są możliwe między tymi, którzy różnie o tej sztuce myślą. Gdybym nie myślał podobnie o teatrze jak Lech Raczak, zapewne nie byłby moim przyjacielem. Gdybym nie myślał podobnie jak Robert, nie byłby on moim dobrym kolegą.

Wspólnym mianownikiem dla teatru katowickiego i legnickiego jest według mnie „prawda”. Po każdym spektaklu z obu teatrów widz wychodzi skąpany w prawdziwości. Wspaniałe przeżycie!

To największy komplement. Prawda opowieści, prawda ludzka, prawda aktora czy prawda postaci to były stany, które zawsze nam towarzyszyły. Kiedy w ręce wpadnie mi jakiś wywiad ze mną sprzed lat, czy też, kiedy oglądam jakiś reportaż telewizyjny, w którym opowiadałem o teatrze, bywa, że może nie do końca siebie poznaję, ale zawsze o tej prawdzie mówiłem i zawsze się do niej przyznaję.

Czy teatr powinien wikłać się w lokalną historię i politykę?

Oczywiście, że tak, ale nie nazywałbym tego wikłaniem w politykę. Charakter teatru legnickiego jest społeczno-polityczny. Jeżeli prowadzimy taki właśnie teatr, to naturalną rzeczą jest, że reaguje on na to, co dzieje się „za oknem”. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość przejmuje władzę i demontuje państwo, to my robimy „Hymn narodowy”, spektakl o upadku ideałów w polityce i życiu społecznym, o potrzebie buntu i obrony przed uniformizacją, będący odpowiedzią na to, co ta partia wyprawia. Piękne w teatrze jest to, że można zmienić plany repertuarowe i jedną sztukę zastąpić drugą sztuką, napisaną właśnie na potrzebę chwili. Żeby było jasne – nie chodzi o to, czy „Hymn narodowy” jest moim ulubionym przedstawieniem, czy nie. Nie każde przedstawienie, które powstało w Legnicy jest najlepsze na świecie. Nie wartościuję tego, co robimy na lepsze lub gorsze. Ważniejsza jest reakcja na problem. Zawsze można wypowiedzieć się Szekspirem, Molierem i Fredrą, ale że nie pisali oni o Jarosławie Kaczyńskim (śmiech), dlatego powstał nowy tekst. Nie uważam tego za wtrącanie się w politykę.

Może tak – wtrąca się Pan do niej, kiedy idzie o ważne problemy.

Bardziej komentuję te problemy. Teatr jest od komentowania, od reagowania na rzeczywistość. To jest jego podstawowa rola. Zawsze trzeba brać pod uwagę widza i czas, w którym on żyje. Szekspir również pisał swoje dramaty wobec pewnych sytuacji społeczno-politycznych. Część z nich była komentarzem do aktualnych wydarzeń społecznych i politycznych. Książka Zygmunta Hübnera „Polityka i teatr” jest najlepszą egzemplifikacją tego, że nie ma teatru bez polityki i polityki bez teatru.

Nie tworzy Pan teatru jednoznacznie politycznego, ale legnicki teatr od polityki nie ucieka. Bliski jest Panu głównie teatr niepokorny, niegrzeczny, ale kulturalny przy tym.

Zamiast „kulturalny” użyłbym słowa „szlachetny”. Posługujemy się w naszym teatrze językiem szlachetnym, czyli takim, który nie unika kontrowersji, ale nie jest chamski, nie jest brutalny.Wydaje mi się, że Pańskie fascynacje sprawami regionu uwiarygadniają legnicki teatr. Mieszkańcy Zagłębia Miedziowego odnajdują w proponowanych im przedstawieniach siebie, może bardziej swoje problemy, przez co identyfikują się z Panem i jako dyrektorem teatru, i jako reżyserem.  Jestem pewien, że stworzyliśmy miejsce, do którego ludzie chcą przychodzić. Wychowaliśmy naszą widownię przez sztukę. Tym możemy się pochwalić. Mało który teatr ma tak wierną widownię, j ak nasz. Budowaliśmy ją niemalże od podstaw, od 1994 roku. Przeszliśmy z nią pewną drogę. Bardzo to sobie cenimy. Widownia legnicka jest w pewnym sensie fenomenem o charakterze światowym.

Czy miewa Pan wrażenie, że legnicki teatr pełni rolę wspólnototwórczą i terapeutyczną?

Wspólnototwórczy na pewno. A czy terapeutyczny? Zależy mi na tym, by tworzyć teatr nadziei. Nie zawsze to się udaje, bo i nie zawsze spektakl może kończyć się happy endem (śmiech). Jeżeli mówię, że teatr może zbawiać świat, to nie myślę o tym, że jesteśmy w stanie stworzyć nową religię. Chodzi głównie o to, że teatr może pomóc człowiekowi w życiu. Bardzo w to wierzę. Ja zdecydowanie wolę rozjaśniać. Świat jest na tyle smutny i ludzie mają tyle problemów, że z teatru powinni wychodzić rozjaśnieni.

Za zawodową rzetelność, uczciwość i pracowitość, globalne i holistyczne podejście do teatru oraz za tę obywatelską odpowiedzialność, otrzymał Pan niedawno Nagrodę im. Zygmunta Hübnera „Człowiek Teatru 2018”. Ile ona dla Pana znaczy?

Nie da się robić teatru, jeżeli robi się go z myślą o zdobyciu nagrody. Jestem przeciwnikiem udziału w wyścigu po wyróżnienia, choć w nich paradoksalnie uczestniczę, na przykład w różnych festiwalach, bo gdybym w nich nie uczestniczył, nie mógłbym tworzonego przez nas teatru pokazywać. Nagrodę, o której rozmawiamy, uważam za najważniejszą w moim życiu ze względu na jej patrona i jego idee. Dostałem ją nie tylko, jak rozumiem, za działania artystyczne, ale również właśnie za działania obywatelskie, za myślenie obywatelskie, które jest mi bardzo bliskie. Działam nie tylko w Komitecie Obrony Demokracji, ale angażuję się również w wiele innych akcji społecznych. Jeżeli członkowie Kapituły Nagrody im. Zygmunta Hübnera rzeczywiście to dostrzegają, jest to dla mnie bardzo miłe i ważne.

Wciąż naprawia Pan świat, pomimo oporu z jego strony. Skąd czerpie Pan na to naprawianie siłę?

To naturalna sprawa. Jeśli tworzy się teatr reagujący na rzeczywistość, trudno w tej rzeczywistości nie uczestniczyć i trudno nie być społecznikiem. Kiedy przegrałem wybory senackie w 2011 roku, uznałem, że w odróżnieniu od innych przegranych polityków nie wyłączę się z życia publicznego, ale na bazie mojego programu wyborczego, zbuduję Fundację „Naprawiacze Świata” i będę w inny sposób, nie polityczny, ale lobbystyczno-fundacyjny, pomagał innym w projektach. Później pojawił się wspomniany już KOD… Człowiek musi podejmować wyzwania. Nikt za niego tego nie zrobi.

Nagroda im. Zygmunta Hübnera przyznawana jest wizjonerom, dla których teatr jest sensem życia. Czuje się Pan wizjonerem teatru?

Nie lubię za dużych słów. Jestem liderem grupy. Wywodzę się z teatru studenckiego. Moimi mistrzami byli Lech Raczak i Zdzisław Hejduk. To, że Lech zgodził się współpracować z legnickim teatrem, traktuję jako wyróżnienie dla mnie i dla teatru. Moja koncepcja teatralna nie jest tylko moją koncepcją, ale również Małgorzaty Bulandy, Krzysztofa Kopki, Roberta Urbańskiego, Katarzyny Knychalskiej i aktorów, których obecność w kreowaniu naszego świata jest bardzo wyrazista. Tworzymy teatr drużynowy, drużynę Modrzejewskiej, której jestem liderem, bo ktoś liderem być musi. Tego nauczyłem się w teatrze alternatywnym.

Na scenie widać, że wszyscy grają do tej samej bramki. W jaki sposób integruje Pan swoich aktorów?

Z tą integracją różnie bywa. Teatru nie da się robić demokratycznie. Nie wybieram spektakli do realizacji w drodze głosowania. Nie zawsze jest tak, że wszystko wszystkim się podoba. Zależy mi na tym, żeby było poczucie współodpowiedzialności za świat. I to się udaje.

Czy są to ludzie związani z Zagłębiem Miedziowym?

Nie. Poza Pawłem Wolakiem i Robertem Urbańskim wszyscy są spoza regionu. Przyjechali do Legnicy na moje zaproszenie. Nieważne, skąd jest aktor. Ważne jest to, czy identyfikuje się z nowym światem, z nowym miejscem.

Wielu aktorów opuściło Pana i przeniosło się choćby do stołecznych teatrów. Nie czuli się częścią „drużyny”?

W teatrze musi być wymiana. Jako kibic piłkarski uważam, że jeśli ktoś odchodzi z zespołu, to jest szansa, że ktoś wejdzie na jego miejsce i wzmocni drużynę. Teatr musi być ruchomy. To, że niektórzy koledzy uznali, że chcą podjąć się nowych wyzwań, było dla mnie oczywiste. Trudniejsze, ale to się na szczęście udało, było ich zastąpienie. W 2005 roku, po sukcesie spektaklu „Made in Poland”, Przemek Bluszcz, Janusz Chabior i Tadek Ratuszniak, trzej bardzo wyraźni aktorzy, którzy współtworzyli zespół, zdecydowali się na zmianę miejsca. Pomyślałem wówczas o tym, by poszukać miejsca, z którego będę mógł zabrać nie jedną, ale kilka osób. Wtedy napisał do mnie list Paweł Palcat. Działał wówczas w teatrze offowym Zakład Krawiecki, który tworzyli absolwenci wrocławskiej PWST. Stamtąd w jednym ruchu przyjąłem właśnie Pawła, Rafała Cielucha, Zuzę Motorniuk i Magdę Skibę. Gdybym miał więcej etatów, przyjąłbym tych osób rzecz jasna więcej. Przyszły wtedy jeszcze Ewa Galusińska i Magda Biegańska. W jednym sezonie zatrudniłem sześcioro aktorów. Weszli jako grupa. Ta starsza grupa musiała zmierzyć się z tą młodszą grupą. To było interesujące. Uważam, że wtedy legnicki teatr dostał drugie życie.

Zdradzi Pan, w jakim kierunku w najbliższym czasie będzie zmierzał legnicki teatr?

Najważniejsze, abyśmy wciąż opowiadali ciekawe historie. Myślimy o tematach, którymi chcemy zainteresować twórców współpracujących z nami. Trzeba być wyrazistym w tym, co się mówi, a nie mówić dla samego mówienia. Dla teatru ważna jest sprawa!

Dziękuję za rozmowę. Całej Pańskiej drużynie życzę artystycznego spełnienia.

(Grzegorz Ćwiertniewicz, „Dla teatru ważna jest sprawa!”, http://www.aict.art.pl/ 22.03.2018)