Antyczny Kocur z ostrym pazurem

  • Drukuj

Gdyby uczeń  liceum zrobił konspekt z wykładu profesora Mirosława Kocura i przedstawił go na lekcji dostałby pałę i wyleciałby za drzwi, jako bałwan. Tym różni się wiedza od szkolnego klepania formułek. Na szczęście (dla belfrów) i porażkę (dla uczniów) w legnickiej teatralnej kawiarni jednych i drugich było niewielu.

 

Ale tak naprawdę stracili wszyscy. Temat: „Teatr antycznych Greków” faktycznie miał prawo przestraszyć każdego, jako hermetyczny i tylko dla znawców. Kto był, na tym kolejnym w „Strefie Kultury” wykładzie, wie jak się pomylili wyłącznie ci leniwi i nieobecni. Było to kolejne fascynujące „one man show” przy browarku.

Profesor kilku katedr (nie tylko polskich) i chyba – to już tylko niewiedza piszącego  -  najwybitniejszy w Polsce badacz źródeł, z których zrodził się współczesny teatr, wodził publikę za nos. Trochę seplenił, ale jak chciał, to wodził ją za cokolwiek. By widownia go słuchała, bo warto było. Było nie tylko ciekawie i atrakcyjnie. Było też mądrze, co jest  absolutnie wyjątkową sytuacją.

Uwierzycie, że prawdziwym źródłem teatru był taniec i najzwyczajniejsza pijacka balanga, w której nie było podziału na wykonawców i widzów?  Nie uwierzycie? Słusznie, bo inaczej bredzą w szkole. Ale właśnie tak było. Dionizje i bachanalia, w których bycza krew  i zapach mordowanych zwierząt były częścią widowiska, a pijaństwo - nazwijmy za profesorem – ważnym, ale  „odmiennym stanem świadomości” i naturalnym rytuałem wielogodzinnego (!) widowiska, które było reżyserowane, ale tylko w umiarkowanym zakresie. Tak zaczynał się (antyczny) teatr.

Po takiej frazie w szkole byłaby pała, bo reszta  – jak na dzisiejsze czasy – była wyłącznie lajtowym, bo - w ostateczności - kawiarnianym spędzaniem czasu z dala od żony (męża). To w nawiasie dopisałem. Tylko dla współczesnej poprawności politycznej, ponieważ tzw. grecka demokracja była skrajnie wojownicza i totalnie szowinistyczna.

Sofokles, Eurypides, Ajschylos, Arystofanes? Znacie te nazwiska? Znacie. W szkole uczą. Wrocławski Kocur podważył tę przerabianą do bólu oczywistość.  – Przecież nie mamy ani jednego oryginalnego greckiego tekstu z tamtych czasów. Co mamy? Byle jakie i na maksa  pomieszane z poplątaniem zapisy średniowiecznych, bardzo niedouczonych, mnichów-kopistów. Czyli nic. Bo jak zakonnik był niedouczony, to kopiował. A jak znał grekę, to robił za mądralę. Skreślał, dopisywał. Katastrofa! To, co czytacie, firmowane tymi słynnymi greckimi nazwiskami,  to – niestety -  tylko robota dwudziestowiecznych filologów - zauważył ów kałasznikow słowa.

Czy dzisiejszy teatr jest awangardowy i łamiący wszelkie tabu? – Nie. Tamten był. To wtedy widzowie, a nie aktorzy, byli najważniejszą częścią spektaklu. Na przykład, gdy demonstracyjnie wychodzili z przedstawienia, zanim się skończyło. Do tego, treścią wielu przedstawień bywało wyszydzanie i piętnowanie lokalnych polityków, ale też obrażanie wszystkich bogów Olimpu. Najbardziej dziś  obrazoburcze spektakle, to - przy tamtych - „mały pikuś”.

Superowa (były brawa) i odjazdowa, ale też profesorska, gawęda Mirosława Kocura, nie była wyłącznie bredzeniem. Z tego słyną wyłącznie telewizyjne kanały. Byliśmy świadkami -  opartego o gigant wiedzę – atrakcyjnego wykładu o performansie. Jest taka dyscyplina akademicka, która - jako przedmiot badań - bierze – wydawać by się mogło – najprostszą i najbardziej banalną rzecz na świecie. Zachowanie.

Performatycy, tacy jak Kocur (niespełniony inżynier od budowy mostów,  w końcu wybitny teoretyk i praktyk teatru),  wykorzystując materiał archiwalny, czyli książki, fotografie, świadectwa archeologiczne, i co się tylko da, starają się opisać, co robią ludzie w określonych sytuacjach. Przedmiotem performatyki jest zatem nie tylko spektakl (performans), ale także nasze zachowania codzienne, rytualne, zabawowe i każde inne.

Wiem. W szkole tego nie uczą. Zwłaszcza krytyki tego, co napisane w podręcznikach. Także w nauczycielskich instrukcjach obsługi. W konsekwencji nikogo nie wyciągają z bezmyślności. Nie  zapraszają też na spotkania, które dają taką szansę. Bo, co ja gadam, po co?

Grzegorz Żurawiński