Wypowiedź dolnośląskiego wicemarszałka Radosława Mołonia („Głomb będzie miał szefa?”, „Konkrety.pl”, nr 11/2012), dotycząca planów wprowadzenia we wrocławskiej Operze, Teatrze Polskim i Teatrze Modrzejewskiej funkcji menedżerów – dyrektorów naczelnych i ich zastępców ds. artystycznych, rozpętała burzę. Artyści przestraszyli się ryzyka komercjalizacji teatru. W sprawie interweniował minister kultury. Mołoń przyznał się do błędu, przeprosił i wycofał z pomysłu. Ale mleko się rozlało. I to na całą Polskę. Pisze Bartłomiej Rodak.



W środowisku zawrzało. Głównie dlatego, że zainteresowani o pomyśle dowiedzieli się z mediów. Po naszym artykule marszałek Mołoń zwołał konferencję prasową. Dyrektorzy obu teatrów stanowczo zaprotestowali. Szefowa Opery Ewa Michnik na znak sprzeciwu oddała się do dyspozycji ministra kultury. Zmiany miała rzekomo wymuszać ustawa, co jest nieprawdą.

Dolnośląskie jest jedynym województwem w kraju, gdzie tak zinterpretowano jej zapisy. Tutejszy wicemarszałek stał się chyba najsłynniejszym sejmikowym polskim samorządowcem. I zdecydowanie najbardziej znienawidzonym przez ludzi polskiego teatru. Choć, paradoksalnie się zasłużył. Za jego sprawą rozbite i skłócone od lat środowisko się zjednoczyło i przemówiło jednym głosem.

Teatr nie produkt, widz nie klient

Na trwających 32. Warszawskich Spotkaniach Teatralnych po każdym spektaklu czytany jest list ludzi teatru przeciwko degradacji polityki kulturalnej w Polsce. Oto fragmenty: „Chcemy podzielić się z państwem swoim głębokim zaniepokojeniem dotyczącym funkcjonowania teatrów publicznych w Polsce. Dlatego pierwszy raz od stanu wojennego – jako środowisko – próbujemy mówić wspólnym głosem (...). Sprawą jest polski model teatru artystycznego, którego istnienie jest obecnie zagrożone (...).

Urzędnicy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego postanowili bez konsultacji z zespołami aktorskimi, związkami twórczymi i Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego zmienić statuty dolnośląskich teatrów i zwolnić obecnych dyrektorów tych scen, zastępując ich menadżerami ze świata biznesu (...). Pod znakiem zapytania stoi przyszłość jednej z najważniejszych i najbardziej zasłużonych polskich scen – Teatru Dramatycznego (w Warszawie – przyp. red.). (...) Stołeczne teatry miejskie są skrajnie niedofinansowane, brakuje im środków na produkcję i eksploatację przedstawień. W tym roku obcięto im znów dotacje o 20 procent ze 100 mln zł do 80 mln zł. W tym samym czasie budżet promocji miasta wzrósł prawie dwukrotnie z 35 mln zł w ubiegłym roku do 60 mln zł w obecnym. (...).

Sprawą, o którą walczymy, jest polski teatr artystyczny – zjawisko unikatowe. (...) Żądamy więc szerokich, systematycznych konsultacji ze środowiskiem twórców teatru, żądamy debaty o finansowaniu teatrów w Polsce prowadzonej z perspektywy innej niż perspektywa zysku. Teatr nie jest firmą/nie jest produktem, widz nie jest klientem. Nie rezygnujmy z artystów, rezygnujmy z niekompetentnych decydentów.”
Pod tymi ostrymi słowami podpisało się 900 najważniejszych ludzi polskiego teatru.

Wicemarszałek daje odpór


– To stanowisko jest nieobiektywne. Nie mam zamiaru ingerować w sprawy artystyczne jednostek, nie robię zamachu na sztukę i nie zamierzam komercjalizować teatru. Doceniam pracę artystów – mówi Radosław Mołoń. – Przedstawianie mnie w tym kontekście jest głęboko niesprawiedliwe. Sedno sprawy leży gdzie indziej. Moim zadaniem jest dbanie o płynność finansową instytucji kultury na Dolnym Śląsku. W 2011 r. zarząd województwa przekazał na bieżącą działalność instytucji kultury prawie 68 mln zł. Nie tniemy wydatków, wręcz przeciwnie – stale zwiększamy dotacje. Jedyny błąd, jaki popełniłem to, że na początku nie skonsultowałem sprawy z zainteresowanymi. Przeprosiłem za to. Nadal będę przekonywał radnych sejmiku, żeby na kulturę szły większe pieniądze. Sprawę kieruję też do szerokich konsultacji społecznych. Bardzo potrzebna jest debata na temat finansowana sztuki i kultury, i to nie tylko z budżetu województwa, ale też z ministerstwa. W przyszłym tygodniu rozpoczynam spotkania z ekspertami. Do zespołu zaprosiłem m.in. szefów teatrów Polskiego i Modrzejewskiej oraz Opery.

To był samobój

– Pomysł był zły w wielu aspektach. Pan marszałek strzelił sobie gola i teraz płaci cenę za ten samobójczy strzał – uważa Jacek Głomb, szef legnickiej sceny. – Postulat nie uwzględniał realiów funkcjonowania teatrów w Polsce czy braku klasy menedżerów. Fakt, że sprawa była niedyskutowana, też tu nie pomógł. Przed dwoma tygodniami zostałem zaskoczony tekstem w „Konkretach”. O sprawie nie miałem pojęcia, podobnie jak wszystkie zainteresowane strony. Ewa Michnik i Krzysztof Mieszkowski (szef teatru Polskiego – przyp. red.) dowiedzieli się ode mnie, bo do nich zadzwoniłem. Co więcej, jest tu też problem narracji pana marszałka, bo starał się on przekonać opinię publiczną, że to nowa wersja ustawy wymusza takie zmiany, a to nie prawda. Ogromna presja środowiska teatralnego i opinii publicznej sprawiła, że pan marszałek się wycofał. Na pewno też nie bez znaczenia był wyrażony na piśmie stanowczy protest ministra Zdrojewskiego, autora tejże ustawy. Uważam, że po 18 latach zarządzania teatrem sam jestem niezłym jego menedżerem. Przykładem jest chociażby to, że 35 proc. budżetu teatru w 2011 r. pochodziło z pieniędzy pozyskanych z zewnątrz. To bardzo dużo jak na niewielki, w końcu, teatr.

Wczoraj obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Teatru, ale atmosfera nie zachęca środowiska do świętowania. Dolny Śląsk to zapalnik, który zdetonował bombę. Pozostaje czekać, czy eksplozja wpłynie na dalsze losy polskiego teatru.

(Bartłomiej Rodak, „Eksplozja w teatrze”, Konkrety.pl, 28.03.2012)