Miesięcznik Teatr: oczyszczająca energia „III Furii"

  • Drukuj

Przedstawienie rozsadza punkowa energia buntu. Prowokacyjnym gestom, wzywającym do rewizji kodu genetycznego polskości, uformowanego przez krwawe powstania i kompleksy niewoli, towarzyszy tu lista zażaleń i pretensji pod adresem rodaków, wciąż skłonnych traktować los jako fatum, usprawiedliwiające bierność i brak odpowiedzialności za własne życie. Legnicki spektakl w reżyserii Marcina Libera recenzuje Jolanta Kowalska.

 

Marcin Liber nazwał swój spektakl artystyczną manifą. I rzeczywiście jest to rodzaj ideowej rebelii przeciwko dogmatom, od stuleci definiującym polską tożsamość. Krzyk "trzech furii", w osobach Sylwii Chutnik, Magdy Fertacz i Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, które napisały tę sceniczną opowieść na podstawie książki Dzidzia Sylwii Chutnik oraz wspomnień Stefana Dąmbskiego - AK-owca wykonującego wyroki polskich sądów podziemnych.

Przedstawienie rozsadza punkowa energia buntu. Prowokacyjnym gestom, wzywającym do rewizji kodu genetycznego polskości, uformowanego przez krwawe powstania i kompleksy niewoli, towarzyszy tu lista zażaleń i pretensji pod adresem rodaków, wciąż skłonnych traktować los jako fatum, usprawiedliwiające bierność i brak odpowiedzialności za własne życie. Z legnickich „III Furii” można się dowiedzieć, że nad zbiorową wyobraźnią wciąż mają władzę romantyczne duchy, po szafach straszą dawno zapomniane trupy, a upiory przeszłości w postaci fałszywych mitów i nierozliczonych win nie pozwalają zbudować normalnej egzystencji tu i teraz. Emocjami Polaków wciąż zarządzają trumny wieszczów, stawiając wyśrubowane wymagania i hodując wygórowane roszczenia i ambicje. Strofy, które dawniej mobilizowały do czynu na powstańczych barykadach, dziś każą szukać wrogów wśród swoich, budząc plemienną nienawiść wobec tych, którzy myślą inaczej.

Symboliczną wykładnią stanu polskiej duszy jest w spektaklu mural Tymka Jezierskiego, zdobiący jedną ze ścian Sceny na Piekarach. Na obrazie, inspirowanym "Melancholią" Jacka Malczewskiego, można dojrzeć obok sylwetek bojowników różnych epok również batalie w sejmie i na stadionach. Na płótnie krakowskiego symbolisty postacie kosynierów, żołnierzy i powstańców, będące stałymi lokatorami polskiego imaginarium, opuszczały ramy obrazu, kierując się ku oknu, za którym czekała wolność. Dla widzów dzieła Malczewskiego było jasne, że tej upragnionej wolności nie zdobędą, artysta portretował bowiem stan narodowej apatii i niezdolności do czynu, maskowanej przez heroiczne mity. Bohaterowie legnickiego muralu rozpraszają się w różnych kierunkach, widzimy chaotyczną bijatykę, w której nie wiadomo już, kto do kogo strzela, gdzie są "nasi", a gdzie "oni". Podobnie jest w spektaklu Libera, w którym nie widać obcych potęg, okupantów ani ciemiężycieli, a jeśli już są, to pełnią w nim funkcje pomocnicze. Bo tak naprawdę Polacy walczą tu sami ze sobą.

Rzecz dzieje się w dworcowej poczekalni. Podróżni różnych stanów - od bezdomnego po wyelegantowane damy - oczekują w bezruchu na pociąg, który powiezie ich "w pizdu", czyli gdziekolwiek, byle z dala od Polski i jej przeklętych problemów. Historia przenika się tu ze współczesnością, czas ludzki z czasem mitycznym. Bohaterowie przymierzają role antycznych herosów, a ich dramatom przyglądają się bogowie. Mistrzem ceremonii, miksującym tragiczne sploty ludzkich losów, jest MC Apollo (Rafał Cieluch), błyszczący celebryckim sznytem gwiazdy telewizyjnego talk-show bądź klubowego didżeja. Jest też Kasandra, prorokini, której nikt nie chce słuchać, stylizowana na królową podmiejskiej dyskoteki. Są wreszcie Syreny - czyli punkowo-metalowa formacja Moja Adrenalina - ogłuszające ciężkimi masywami dźwięków i podnoszące temperaturę patriotycznych uniesień nawoływaniem do ofiary krwi. Do tej garderoby kostiumów antycznych zabłąkała się również Matka Boska - seksowna, wymuskana, jakby prosto z sesji zdjęciowej "Gali", dziwnie pozbawiona empatii, a nawet po cichu podejrzewana o wysługiwanie się partii rządzącej. Postać ta, krążąca po scenie w czarnych, powłóczystych szatach, będzie nieustannie przypominać widzom o Melancholii, wykreowanej przez Malczewskiego polskiej bogini niemocy.

Tytułowe Furie to kobiety dochodzące sprawiedliwości za swoje krzywdy. Ich dramatyczne losy rewidują nieskalany, zakrzepły w Grottgerowskich pozach wizerunek matki Polki i każą spojrzeć na polską historię, zdominowaną przez narracje bohaterskie, z cywilnej perspektywy. Spiralę zła, które odciśnie się na losie kolejnych pokoleń, uruchamia chłopka, Stefania Mutter (Joanna Gonschorek). Kobieta wydaje na śmierć od kuli esesmana ukrywającą się u niej wraz z chorym dzieckiem profesorową Markiewicz z Warszawy (Ewa Galusińska), by wejść w posiadanie jej eleganckiego płaszcza z lisim kołnierzem. Ale za chciwość Stefanii będzie musiała odpowiedzieć jej wnuczka Danuta, pechowa i zarazem tragiczna matka, która - udusiwszy piątkę własnych dzieci - urodzi jeszcze Dzidzię, niemowlę-monstrum, bez rąk i nóg, za to z wodogłowiem, łupieżem, padaczką i obfitą kolekcją innych chorób.

Dzidzia urodzi się pierwszego września jako kara bogów za przestępstwo babki. Danuta będzie próbowała zbyć dziecko na targu, ale zanim znajdzie się kupiec, dziewczynkę odbiorą matce funkcjonariusze opieki społecznej, by następnie przekazać ją katolickiej Organizacji do spraw Epatowania Nieszczęściem. Tam kaleka Dzidzia zostanie mianowana świętą i powieszona pod sklepieniem kościoła, gdzie stanie się niebanalną atrakcją turystyczną i zarazem obiektem religijno-patriotycznego kultu, bowiem, jak mówią bohaterowie spektaklu - "każdą hańbę można przecież przekuć w dumę narodową". Tymczasem Danuta, w której rychło odżyje miłość macierzyńska, będzie próbowała odzyskać dziecko i dochodzić odszkodowań za niezawinione nieszczęścia, śląc zażalenia do rządu i do Strasburga. Zaniesie swoje skargi również przed oblicze Matki Boskiej, ale ta nie zafunduje jej spodziewanego cudu po taryfie ulgowej. Wtedy bohaterka Joanny Gonschorek, pozostawiona sama sobie, wybucha bluźnierczym gniewem, żądając "odwołania historii" i prawa do zapomnienia.

Dramatyczne będą też pośmiertne losy profesorowej Markiewiczowej, długo wyczekującej pod kwaterą bogów na sąd, który zadośćuczyniłby jej krzywdzie. Spodziewana odsiecz sprawiedliwości jednak nie nadciąga, wręcz przeciwnie, profesorowa zostaje obciążona odpowiedzialnością za winy syna, wzorowego patrioty, który, wstąpiwszy w szeregi AK, wykonywał wyroki na zdrajcach, konfidentach, działaczach komunistycznych i prostytutkach sprzedających się niemieckim żołnierzom. Na sąd profesorowej, która wypełniła jak należy wszystkie obowiązki matki Polki, ściągają nieoczekiwanie ofiary jej syna, domagając się zadośćuczynienia za swoją śmierć. I Markiewiczowa musi uznać, że dając mu nienaganną edukację patriotyczną, wychowała nieopatrznie zabójcę, który w imię najszczytniejszych ideałów będzie czyścił własne szeregi z rzeczywistych i urojonych zdrajców narodowej sprawy. Jak Herkules stajnię Augiasza.

W tej części spektaklu, zręcznie dotąd parafrazującego tragedię antyczną, odzywają się echa II części Mickiewiczowskich "Dziadów". Umarli powracają, by dopominać się sprawiedliwości, mącąc w biografiach ludzi żywych, dopóki rachunek krzywd nie zostanie wyrównany, pokuta odprawiona, a winy przebaczone. Symbolicznym gestem, który zakończy tę wojnę światów, będzie dopiero ofiarowanie przez Danutę Mutter zdobycznego płaszcza jej babki duchowi Markiewiczowej spotkanemu na dworcu.

Jest to spektakl o zdyscyplinowanej, klarownej konstrukcji, spiętej klamrą. Finał odwzorowuje bowiem układ prologu: to wciąż ta sama poczekalnia i wysiadujące na krzesełkach postacie. Pozornie te same, lecz już z innym bagażem doświadczeń, które dały im siłę zapanowania nad własnym losem. Marcin Liber opowiada historie bohaterek taktownie i bez egzaltacji - to właściwie ciąg krzyżujących się w przestrzeni monologów, polifoniczny chór splecionych ze sobą głosów. Między postaciami nie zawiązują się wyraźne relacje, sceny pozostają szkicami, rysowanymi uproszczoną kreską, jak ów mural zdobiący ścianę sali. Mimo oszczędnej formy nie brakuje jednak wyrafinowanych, bogatych w odcienie kreacji aktorskich.

Joanna Gonschorek, obsadzona w podwójnej roli Stefanii i Danuty Mutter, potrafi przejąć swoją opowieścią. Zwłaszcza druga z jej bohaterek imponuje rozległą skalą - od partii satyrycznych po tragiczne, w których staje się żeńskim wcieleniem Hioba, ofiarą niezasłużonych ciosów, usiłującą dyskutować o sensie cierpienia i wynegocjować z losem sprawiedliwość dla siebie. Gonschorek świetnie operuje skrótem, potrafi też uzyskać niezwykłą intensywność wyrazu za pomocą bardzo skromnych środków. Najważniejszym z nich jest tekst. Aktorka, przez większość czasu unieruchomiona na krzesełku, lepi swoje bohaterki prawie wyłącznie ze słów, ale ich żywoty nie są papierowe. Są w nich budząca odrazę podłość, przejmujące cierpienie, wreszcie - chwytający za serce odruch buntu, rozpaczliwy skowyt, który przeradza się w dumne wypowiedzenie posłuszeństwa wszystkim siłom, które sprzysięgły się przeciwko niej.

Postać bardzo plastyczną i wieloznaczną stworzył też Rafał Cieluch jako MC Apollo. To z jednej strony demoniczny didżej, miksujący szlagiery z narodowej listy przebojów z Rotą na czele, złowróżbny wodzirej, wyczarowujący figury chocholego tańca, w którym suną pospołu kosynierzy, szalikowcy i wojownicy w indiańskich pióropuszach. Z drugiej - zatroskany bóg, szafarz pozaziemskiej sprawiedliwości, pochylający się ze współczuciem nad szczątkami ludzkich dusz i sumień rozjechanych przez dziejowy walec. Spektakl Libera jest próbą zdiagnozowania zbiorowości, zniewolonej przez historyczne urazy i kompleksy. Portretuje Polaków jako wspólnotę plemienną, mobilizującą się wokół dawno przebrzmiałych mitów, cementowaną przez zbiorowe traumy, nieufność wobec obcych i niezmienne od wieków rytuały, których echa - wedle autorów spektaklu - odzywają się dziś zarówno w religijności rodaków, jak i w uniesieniach patriotyzmu stadionowego. To brak rzetelnej refleksji nad przeszłością i łaski zapomnienia, o którą modli się Danuta Mutter, czyni z nas ludzi biernych, skłonnych w poczuciu dziejowych zasług i krzywd odwoływać się do różnych instancji - ludzkich i boskich - byle tylko nie wziąć odpowiedzialności za własny los. Perspektywa kobieca wnosi tu ponadto dystans wobec silnej w polskim myśleniu o historii narracji bohaterskiej.

W spektaklu wyraźnie wybrzmiewa pytanie, czy w imię jakiejkolwiek wspólnej sprawy mamy prawo żądać od innych ofiary krwi. Można oczywiście dyskutować, czy wrzucanie do jednego worka wszystkich powstań, wojen i styropianów ma sens. Los "zarażonego śmiercią" Stefana Dąmbskiego, będącego tutaj pierwowzorem postaci Heraklesa Markiewicza, trudno uznać za reprezentatywny dla całego pokolenia AK-owców. Warto jednak pamiętać, że generacja Baczyńskiego i Gajcego miała świadomość tragicznych konsekwencji swoich wyborów życiowych, właśnie ze względu na konieczność zabijania. I właśnie to pokolenie bodaj najdobitniej postawiło pytanie o prawo zbiorowości do wyposażania jednostki w koncesję na zadawanie śmierci w imię wyższych racji.

Mający za sobą doświadczenia partyzanckie Tadeusz Różewicz w poemacie „Dezerterzy” uznał, że nie ma bardziej lub mniej słusznej śmierci, oddając hołd uciekinierom z wszystkich frontów, którzy wybrali stygmat tchórzostwa zamiast przynoszącego chwałę udziału w zbiorowych rzeziach. I o taką postawę upomina się spektakl Libera - o prawo do życia po swojemu, wbrew wzorcom narzucanym przez wspólnotę. Twórcy przedstawienia podejmują również radykalną próbę rozbrojenia romantycznych mitów, w tym przede wszystkim edukacji patriotycznej, która zwykłych zjadaczy chleba zmieniała w kamienie rzucane na szaniec. Starają się dowieść, że dopiero tak "zdemobilizowana" Polska, pozbawiona urazów pamięci, kompleksów i wygórowanych roszczeń wobec jednostki, ma szansę stać się krajem zdrowym, czego zresztą życzą jej w finale aktorzy.

Można się spierać, czy nie za dużo w tym uproszczeń, czy reżyser i autorki tekstu, rozprawiając się hurtowo ze wszystkimi narodowymi bolączkami, nie oferują zamiast recepty szamańskich zaklęć. Jeśli jednak „III Furie” miały działać jak zbiorowy egzorcyzm, to nie wypada się czepiać. Złe duchy ustąpiły przed atakiem syrenich decybeli i oczyszczającą siłą śmiechu.

(Jolanta Kowalska, „Odwołać historię”, Teatr nr 5/2011)