• Orkiestra
  • MAKBET
  • Portret Polaka
  • Baśń o pięknej Parysadzie
  • Fanny i Aleksander
  • Dzielni chłopcy

Gazeta Polska: niedoceniona legnicka „Pracapospolita…”

Teatr im. Heleny Modrzejewskiej  w Legnicy, który zrealizował przedstawienie „Pracapospolita, czyli tacy sami”, ma dobre notowania w kręgach zbliżonych do michnikowszczyzny, co bynajmniej nie oznacza, że musi powielać publicystyczne stereotypy tego środowiska. O X Ogólnopolskim Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona" w Zabrzu pisze Marcin Hałaś.

Sztuka bywa barometrem rzeczywistości - takie stwierdzenie brzmi jak frazes, niemniej nie sposób odmówić mu racji. W Zabrzu, jak co roku jesienią, trwał Ogólnopolski Festiwal Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona". Jak się okazało, niektórzy twórcy teatralni mają jeszcze ambicję (i odwagę), żeby powiedzieć wiele prawdy o sprawach ważnych.

To był dziesiąty, jubileuszowy festiwal, w czasie którego prezentowane były realizacje tekstów scenicznych napisanych po 1989 r. Imprezę - jedną z wizytówek miasta i regionu - przygotowano z rozmachem. Widzowie zobaczyli 10 spektakli, w tym 8 konkursowych. I właśnie z powodu tego bogactwa nie chciałbym pisać klasycznej relacji czy też recenzji. Bo po co zajmować się przedstawieniami miałkimi, w czasie których niejeden widz miał ochotę pod adresem reżysera wypowiedzieć sienkiewiczowską kwestię: "Kończ waść, wstydu oszczędź".

Tym bardziej że więcej było jednak dobrego teatru. Od idealnie skrojonej farsy z gorzkim podtekstem w tle* ("Bóg mordu" Yasminy Rezy w wykonaniu Teatru im. Słowackiego w Krakowie) do popisu reżyserskiej maestrii. Ten po raz kolejny dała Anna Augustynowicz, przekonując, że do realizacji czystego widowiska nie trzeba kilku wagonów udziwnień i ekstrawagancji. Wystarczy jeden porządny tekst, kilku dobrych aktorów oraz kilka zwykłych krzeseł i obrotowy stołek. Bo tyle wystarczyło do przygotowania najwyżej ocenionej przez jurorów inscenizacji "Getsemani" Davida Hare'a (koprodukcja Teatru Współczesnego w Szczecinie oraz Teatru im. Bogusławskiego w Kaliszu).

Gdyby jednak tytuł festiwalu - "Rzeczywistość przedstawiona" - wziąć jak najbardziej dosłownie, to okaże się, że najbardziej mu bliskie były dwie realizacje niedocenione przez oficjalne jury. Jednak nawet niezależni jurorzy bywają zakładnikami indywidualnych preferencji, środowiskowych powinności i salonowych paradygmatów - bo jakżeby inaczej tłumaczyć kilka nagród dla sztuki "V (F) ICD-10. Transformacje" Artura Pałygi, który "zasłużył się" utrwalaniem stereotypu polskiego antysemityzmu w "Żydzie". Kolejny tekst (bo nie dramat) Pałygi zrealizowany przez Teatr Polski w Bydgoszczy wpisuje się w nurt aksamitnej nostalgii za PRL-em i zarazem bełkotliwej krytyki współczesnej (jakakolwiek by ona była) Rzeczypospolitej.

Mordy III RP


O tej III RP o wiele więcej prawdy (a i lepszej inscenizacji, lepszej roboty reżyserskiej i lepszej, choć prostszej, scenografii) było w spektaklu Katarzyny Dworak i Pawła Wolaka "Pracapospolita, czyli tacy sami". Teatr im. Heleny Modrzejewskiej - w Legnicy, który zrealizował to przedstawienie, ma dobre notowania w kręgach zbliżonych do michnikowszczyzny, co bynajmniej nie oznacza, że musi powielać publicystyczne stereotypy tego środowiska.

W "Pracypospolitej" chory układ damsko-męski (rodzinny?) zestawiony jest z chorym układem społeczno-polityczno-biznesowym. W planie osobistym - małżeństwo nie jest już ze sobą (ona ma nowego, wrażliwszego faceta, on chadza na dziwki, z jedną związał się mocniej), ale równocześnie wciąż są ze sobą w sferze biznesowej - bo łączą ich udziały we wspólnej firmie (prowadzonej z dwoma przyjaciółmi, prywatnie parą homoseksualistów). I właśnie zdarza się okazja "złotego strzału". Kontrakt na 50 mln, zarobią na nim 20 proc. bez żadnego wysiłku, bo realizację zlecą podwykonawcom. Jest tylko jeden haczyk - żeby kontrakt uzyskać, trzeba wręczyć milion złotych łapówki. Ma ją zainkasować "Bogdan Zachciała, ktoś w rodzaju prezydenta miasta", świetnie zagrany przez Bogdana Grzeszczaka.

Kto boi się strasznej IV RP rządzonej przez ziobrystów, CBA, agenta Tomka i Mariusza Kamińskiego - może zobaczyć w lustrze teatru, jak wygląda III RR w której karty rozdają Boguś Zachciała oraz inne tego rodzaju Rysie, Pysie, Zbysie, Misie i kreatury spod znaku "Mordo ty moja". Proszę ocenić, co straszniejsze. Jedyny zarzut dotyczący spektaklu może być taki: legnicki teatr powiela własne know-how ze spektakli Przemysława Wojcieszka "Made in Poland" oraz "Osobisty Jezus". Ale w sumie, czy zarzutem może być powtórne sięganie po dobre pomysły?

Sufler jak minister

Prawdziwą rewelacją festiwalu dramaturgii współczesnej okazał się natomiast "Pokój zwierzeń", napisany i wyreżyserowany przez Andrzeja Celińskiego (aktor i reżyser urodzony w 1961 r., zbieżność personaliów z lewicowym politykiem i nudziarzem przypadkowa). Przedstawienie zostało przygotowane przez gospodarzy, czyli Teatr Nowy w Zabrzu, i jest - moim zdaniem - najważniejszą polską sztuką poświęconą lustracji od czasów "Norymbergii" Wojciecha Tomczyka. Jako ciekawostkę dodajmy, że jest to równocześnie najlepszy spektakl zrealizowany w Zabrzu od 2003 r., czyli od premiery "Wampira" - dramaturgicznego debiutu tegoż Tomczyka.

Do tytułowego pokoju zwierzeń, czyli przesłuchań, trafia człowiek niewinny - niemal jak Józef K. z "Procesu" Kafki. Przykładny ojciec rodziny, szanowany biznesmen i społecznik. Przesłuchuje go dwóch oprawców - domyślamy się, że funkcjonariuszy tajnych służb, a potem dowiadujemy się, że byłych esbeków, którzy pomyślnie przeszli do nowych służb weryfikację. I potem, jak w najlepszym antycznym dramacie, z bohaterów zaczynają spadać kolejne maski.

Niewinny, szanowany biznesmen i społecznik, niegdyś opozycjonista, to w rzeczywistości dawny TW bezpieki o pseudonimie "Sufler". Jeden z przesłuchujących - Konrad - to dawny ubek, któremu podlegał oficer prowadzący "Suflera". Maski spadają, a widz zaczyna coraz więcej rozumieć. To nie przypadkowe spotkanie, lecz wyrównanie dawnych rachunków. Katharsis. "Suflerowi" wydawało się, że swoimi donosami nikogo nie krzywdzi. Zaczął współpracować, bo miał żonę w siódmym miesiącu ciąży i kochankę z konspiry.

"Suflerowi" wydawało się, że prowadzi z bezpieką grę. W pokoju zwierzeń były esbek udowadnia "Suflerowi", że bezpieka doskonale tę grę przejrzała. Gdy wreszcie "Sufler", żeby uwiarygodnić się jako TW, musiał kogoś zadenuncjować - sypnął swoją kochankę. Bo najmniej wiedziała, nie znała adresu drukarni, był pewien, że nic na nią nie znajdą. Tyle tylko, że ona była w ciąży, nosiła dziecko "Suflera". Poroniła w areszcie, a resztę życia spędziła z Konradem, oficerem SB.

Dziś Konrad chce ukarać "Suflera" za to, że żył z kobietą i kochał kobietę, która nim gardziła. Może to trochę zagmatwane w streszczeniu, ale w tekście scenicznym niesłychanie dramatyczne, trzymające w napięciu. Tym bardziej, że w miarę rozwoju akcji z bohaterów spadają kolejne maski.

Cyrograf z diabłem

Świetną rolę byłego esbeka Konrada stworzył Wojciech Leśniak. Leśniak kilka lat temu zagrał Wolanda w "Mistrzu i Małgorzacie" wyreżyserowanym przez Andrzeja Marię Marczewskiego i jako Konrad tak naprawdę dopełnia tę rolę, gra jej dalszy ciąg, w tym samym tonie, na tej samej nucie. Woland-esbek to dobry pomysł na kreację.

W "Pokoju zwierzeń" wszyscy muszą stanąć w prawdzie. Ale jaka jest prawda? Tego widz się nie dowie. Przynajmniej nie pozna prawdy w sensie puenty fabularnej. Przekazana zostanie mu jednak ważniejsza prawda na poziomie uogólnienia: kto raz się złamał, na zawsze pozostanie złamany. "Sufler" był pewien, że epizod współpracy dawno został zapomniany, zamknięty. Tymczasem powrócił w chwili najmniej spodziewanej. I sprowadził bohatera tej historii z roli podmiotu do przedmiotu. A nawet jeszcze niżej.

Kiedyś "Sufler" był chociaż tajnym współpracownikiem - szmatą, ale jednak określenie "współpracownik" zakłada jakiś rodzaj partnerstwa. Po latach sprowadzony został do roli pionka w rozgrywce dawnych oprawców. Bo -jak się okaże - nie chodziło bynajmniej o katharsis. To zbyt subtelne jak na wrażliwość ubeków. Chodziło o znalezienia haka na dawnego PRL-owskiego oficera prowadzącego "Suflera" - dziś wysoko stojącego w tajnych służbach niepodległej RP Widz nie dowie się nawet, który z ubeków tę grę zaplanował. Wystarczy, że zrozumie, iż raz podpisanego cyrografu z diabłem nie da się wymazać.

Dla takich właśnie sztuk jak "Pokój zwierzeń" warto, żeby wciąż istniał w Polsce teatr. Mimo że często upodabnia się on nie do oczyszczającego strumienia, lecz do kloacznego ścieku.

(Marcin Hałaś, „Teatr, czyli barometr”, Gazeta Polska, 3.11.2010)
Udostępnij

Szukaj

Kłapanie dziobem

Archiwum

<< < listopad 2010 > >>
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Zaloguj

Statystyka

Dzisiaj3
WSZYSTKIE1229246
Informacje o plikach cookie
Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej...