• dzielni chloplcy

Nowa Siła Krytyczna: "Rzeczywistość przedstawiona" - pofestiwalowe refleksje

VIII Festiwal Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość Przedstawiona" za nami, największe emocje już opadły, nagrody zostały rozdane.  Niedoceniona ani przez widzów (być może już znużonych codzienną peregrynacją do przybytku Melpomeny - wszak rotacja była niewielka) ani przez jury "Lustracja" Krzysztofa Kopki i legnickiego teatru poruszała drażliwą wciąż kwestię. Role postaci cierpiących w wyniku pomówienia okazały się najbardziej naturalne, a na wyróżnienie zasługują m.in.: Tadeusz Ratuszniak i Katarzyna Dworak. Pisze Marzena Kotyczka.

Od pierwszego dnia tegoroczny festiwal odbywał się pod znakiem wielkich tematów. Zaczęło się od premierowej i owacyjnie przyjętej "Bardzo zwyczajnej historii" w reżyserii Henryka Adamka. Jury doceniło zwłaszcza grę aktorską w wykonaniu Wiesława Kańtocha (Sąsiad) i Mariana Kierycza (Kogut). Rodzimy spektakl Teatru Nowego w Zabrzu w na wpół bajkowy sposób poruszył drażliwą wciąż kwestię aborcji. Już sam tytuł wskazuje na dwa istotne zagadnienia dotyczące sztuki teatralnej. Po pierwsze - teatr służy pokazywaniu właśnie owych prostych, codziennych historii, by osadzone w rozbudowanej i utrzymanej w konwencji realistycznej, czego nie można odmówić dziełu Wojciecha Jankowiaka, scenografii, pozwalały widzowi na zdystansowaną obserwację. Po drugie - deski teatralne służą do opowiadania fabuł, których tak niewiele było podczas tegorocznej "Rzeczywistości przedstawionej".

Drugiego dnia w zabrzańskim teatrze królowały kobiety, a konkretnie "Kobiety w sytuacji krytycznej" w reżyserii Krystyny Jandy. Niezależnie od tego, czy jest to samotna wdowa, której życie towarzyskie toczy się regularnym rytmem wśród innych wdów, czy "cholernie szczęśliwa" panna młoda. Nieważne, czy to "wieczna", ale nieporadna matka, początkująca wielbicielka kaktusów w średnim wieku lub upadła gwiazda show biznesu, bo przecież skoro piosenkarka, to musiała otrzeć się o dno. Każda z kobiet jest nieszczęśliwa, każda przez mężczyznę, tudzież jego brak, ale też każda jest potencjalnym aniołem wcielonym (scenografia Doroty Roqueplo). Pięć śmieszno-smutnych doskonale wykonanych monologów. Ale właśnie: monologów, bo trudno tu mówić o jakiejkolwiek fabule. Owszem każda z bohaterek opowiada swoją historię, ale właściwie rzuca ją w próżnię, ponieważ nie znajduje zrozumienia ani u mężczyzny - przez którego cierpi, ani u innych kobiet. Ze strony widowni może zaś liczyć jedynie na chichot, a nawet śmiech, który zaś jest słuszną reakcją na zgrabny i dowcipny tekst. Na dodatek przedmiot pożądania bohaterek, czyli nie tyle mężczyzna, co sama miłość, zostaje ośmieszona, gdy przemawiają one "językami ludzi i aniołów". Nie sposób nie docenić znakomitej gry aktorskiej wszystkich wykonawczyń (chociaż na szczególną uwagę zasługują - Maria Seweryn i Joanna Pokojska), które potrafiły utrzymać niesłabnące zainteresowanie widza, co nie było łatwym zadaniem ze względu na wręcz bolesną przewidywalność sztuki Joanny Murray-Smith. Sztuki, która bynajmniej nie zmierza do żadnej puenty, bo przecież nie jest nią znane od pierwszej kwestii niezbyt odkrywcze przesłanie: każda kobieta zasługuje na szczęście.

Kolejne dni również obfitowały w sztukę zaangażowaną. Jak się okazało wciąż aktualną i poruszającą tematykę antysemityzmu w polskim społeczeństwie poruszał "Żyd" w reżyserii Roberta Talarczyka, głównie doceniony przez jury za aktorstwo Kazimierza Czapli (Dyrektor) i Jadwigi Grygierczyk (Polonistka). Jednak o wiele bardziej dosłowny od bielskiego spektaklu, bo przemawiający wprost do widowni o polskich bolączkach okazał się "Nowonarodzony". Jednoczesne bycie autorem scenariusza i reżyserem sztuki w przypadku Łukasza Wylężałka dowodzi, że zastosowanie zasady "zrób to sam" nie zawsze jest słuszne. Bezkrytyczne podejście reżysera do własnego scenariusza, sprawiło, że trudno mówić o przedstawieniu w tym przypadku, bo cały spektakl był właściwie deklamowanym tekstem. Półtoragodzinna opowieść o losach rodziny bohatera na tle dalszych i bliższych wydarzeń historycznych, by zainteresować widza, wymaga naprawdę ogromnych zdolności aktorskich, którymi niestety nie wykazał się Michał Kula. Jego everyman z minuty na minutę zamiast intrygujący, stawał się coraz bardziej irytujący. Nie pomogło dodanie dwóch postaci pobocznych, niejako cieni głównego bohatera, ponieważ za mało wyeksponowani Marek Ślosarski i Adam Hutyra nie uatrakcyjnili odbioru. Zamiast obejrzeć "Polaka obraz własny", mogliśmy się jedynie przejrzeć w krzywym zwierciadle. Trudno ocenić stopień intencjonalności takiego efektu, ponieważ z jednej strony tekst poruszał wydarzenia bolesne dla całego narodu jak i poszczególnych jednostek, a z drugiej - jego wykonanie sprawiało, iż przypominanie owych wydarzeń wywoływało raczej rozdrażnienie i nudę niż refleksję. Wielokrotnie powtarzane "moja ojczyzna", nawet jeśli miało być pretensją do historii, okazało się zaledwie mało efektownym marudzeniem.

Biskup, była więźniarka obozu w Oświęcimiu w dwóch wersjach - tej wciąż żywej i zmarłej w tragicznych okolicznościach, pseudokibic, i generał Jaruzelski, czyli obrazek ze sztuki panującej na deskach Teatru Nowego aż dwukrotnie piątego dnia festiwalu. Wydawać by się mogło, że zadawane będą te same pytania, co uprzednio: o tragiczną rolę, jaką musi odegrać Polak - także przed samym sobą. Owszem, ale nie tylko. Sztukę pod barokowym tytułem "Był sobie POLAK POLAK POLAK i diabeł czyli w heroicznych walkach narodu polskiego wszystkie sztachety zostały zużyte" Teatru Dramatycznego im. J. Szaniawskiego z Wałbrzycha można uznać za komentarz do dwóch poprzednich konkursowych przedstawień. Metateatralność (wszak aktorzy grają aktorów) sygnalizuje dość ważkie pytanie: czy możliwy jest jeszcze teatr polityczny? Nie jest możliwy - odpowiada Paweł Demirski. Nie, bo nie żyje, tak samo jak wszystkie postaci, a w końcu nawet Inspicjent. Wskrzeszanie go prowadzi do absurdu, w który obfitował tekst Demirskiego. Tylko absurd czyni znośnym brutalność i dosadność, zamieniając przerażenie w śmiech. Proporcje między grozą a dowcipem i powagą a kiczem zostały dobrze wyważone, a zasługa w tym reżyserki Moniki Strzępki, której praca została zresztą nagrodzona. Jedynie uwagi na temat aktorstwa skierowane pod adresem jakoby unoszącego się w warszawskiej szkole teatralnej odoru formaliny mogły stać się bronią obosieczną dla tego spektaklu - czasem dobra formalina nie jest zła.

Poza bramę polskiego podwórka starał się wyjść Teatr im. S. Jaracza z Łodzi. "Osaczeni", mimo że odnoszący się bezpośrednio do wojny w Czeczenii, mają bardziej uniwersalny wyraz. Analiza destrukcyjnego procesu, któremu poddana jest psychika człowieka zmuszonego do udziału w wojnie, jest zawsze i w każdym kraju aktualnym tematem. "Osaczeni" pokazują, jak ogromne pole rażenia ma wojna - wpływa nie tylko na uczestników, ale także na tych, którzy nie brali w niej udziału. Niszczy ich fizycznie, ale również zabija psychicznie. Spektakl mógł być naprawdę przejmującym widowiskiem (i użycie tego słowa nie jest bezzasadne - efekty specjalne w postaci dwóch żywiołów - ziemi i wody docierały aż do pierwszych, nie zawsze uszczęśliwionych tą bezpośredniością teatru, rzędów). Właśnie: mógł. Nie sposób odmówić utalentowanym aktorom oddania i poświęcenia, ale zbyt brawurowo poprowadzeni przez Małgorzatę Bogajewską, bynajmniej nie budzą współczucia czy strachu, ale szokują brutalnym językiem i wypracowanym wstrętem do własnej cielesności. Spektakl zagrany został w całości na tej samej niezmiernie wysokiej nucie, bez chwili na wytchnienie, ciszę, które czasem są o wiele wymowniejsze od ciągłego krzyku. Obok szarżującego Kamila Maćkowiaka (Wesoły) stonowana kreacja Sambora Czarnoty (Łarik) zdaje się bardziej oddawać powagę tematu. Jakby dla kontrastu wobec Wesołego najbardziej wyrazistą postacią staje się ten, który najmniej mówi - Jim (w tej roli Dobromir Dymecki). Tym niemniej, ekspresyjni "Osaczeni" zyskali sobie przychylność zarówno widzów jak i jury.

Brak fabuły zrekompensowały dwie ostatnie sztuki konkursowe - "Poważny jak śmierć, zimny jak głaz" Teatru Ludowego z Krakowa oraz "Lustracja" Teatru im. H. Modrzejewskiej z Legnicy. Pierwsza z nich poruszała problemy rodzinne - chory ojciec, zapracowana matka, córka-narkomanka i syn próbujący posklejać rozbity już jakiś czas temu obrazek rodzinnej sielanki - to zawsze wdzięczny temat na wzruszającą sztukę. Nareszcie umiejętnie wykorzystane zostały wszystkie tradycyjne środki teatralnego wyrazu, które w połączeniu ze znakomitą grą aktorską dały dobrze zrobiony spektakl. Dobrze, ale bez polotu, a skrzydła przesłaniu na dodatek podciął happy end w iście amerykańskim stylu.

Last but not least - chciałoby się powiedzieć w żargonie piątkowego spektaklu na podstawie scenariusza Adama Rappa. Ale postarajmy się o bardziej adekwatne i szczegółowe omówienie dla sztuki o zdecydowanie polskim kolorycie, czyli "Lustracji", która zagościła na zabrzańskiej scenie w sobotni wieczór. Bo warto się postarać. Niedoceniona ani przez widzów (być może już znużonych codzienną peregrynacją do przybytku Melpomeny - wszak rotacja była niewielka) ani przez jury, jak sam tytuł wskazuje poruszała drażliwą wciąż kwestię. Krzysztof Kopka, autor scenariusza i reżyser, nie dał się jednak wciągnąć w polityczną grę, nie opowiedział się ani za ani przeciw, ale zapytał o rolę przeciętnego człowieka w tym wielkim rozgrywającym się w telewizji i prasie spektaklu. Mimo kilku filmowych wręcz chwytów, teatralność procesu lustracyjnego podkreśla zmieniana na oczach widza scenografia (ogromna i imponująca praca Ewy Beaty Wodeckiej). To, co dla jednych jest zabawą, innych dotyka boleśnie i tu, na granicy cierpienia, kończy się spektakl, a zaczyna życie. Właśnie role postaci cierpiących w wyniku pomówienia okazały się najbardziej naturalne, a na wyróżnienie zasługują m.in.: Tadeusz Ratuszniak i Katarzyna Dworak. Kopka nie sprzeciwia się bynajmniej lustracji - ale widzi ją raczej jako rachunek sumienia i to nie tylko przewinień związanych ze współpracą z poprzednim reżimem. Zaleca po prostu przyjrzenie się sobie w lustrze.

Mimo różnorodności tematycznej i ewidentnie zróżnicowanego poziomu można znaleźć wspólny mianownik spektakli zaprezentowanych podczas VIII "Rzeczywistości przedstawionej" - na zabrzańskim festiwalu dominowała polityka: od polityki płci, przez tę zaangażowaną w polską historię, światową, po prorodzinną. Idea polityki została więc przedstawiona, szkoda tylko, że tak niewiele było rzeczywistości.

(Marzena Kotyczka, "Rzeczywistość Przedstawiona. Po festiwalu", Nowa Siła Krytyczna, e-teatr, 29.10.2008)
Udostępnij

Szukaj

Kłapanie dziobem

Archiwum

<< < październik 2008 > >>
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 30 31    

Zaloguj

Statystyka

Dzisiaj12
WSZYSTKIE1188534
Informacje o plikach cookie
Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej...