• dzielni chloplcy

Dialog: Magda Drab „Mamy gdzie rozładować energię”

- Kiedy piszę dramat, to zwykle przełamuję tradycyjny podział na akty i sceny i poszukuję innych rozwiązań, które będą miały jakąś wartość interpretacyjną. Każdy temat niesie za sobą inne rozwiązania formalne. To mi daje poczucie, że wciąż zajmuję się czymś nowym, nie lubię kopać wciąż w tej samej piaskownicy - mówi legnicka aktorka i dramatopisarka Magdalena Drab w rozmowie z Jolantą Kowalską.


Przyjechała pani do Legnicy tuż po studiach w Łodzi. Jakie wrażenie zrobiło na pani to miasto?

Chyba nad całym Dolnym Śląskiem ciąży stygmat miejsca niekochanego. Jego mieszkańcom brakowało zakorzenienia, nie czuli się tu jak u siebie. Te ziemie długo wydawały się ludziom „niczyje”, co – pomimo upływu czasu i wielu zmian – wyczuwa się do dziś. Dla mnie było to miejsce egzotyczne, zupełnie inne niż miasta, w których mieszkałam dotąd. Pierwsze kroki jednak skierowałam do teatru, przyjechałam prosto na próbę generalną „Komedii obozowej” w reżyserii Łukasza Czuja.

Pod koniec studiów założyła pani z przyjaciółmi niezależny Teatr Zamiast. Planowała pani zostać w Łodzi?

Nie, wiedziałam już, że pojadę do Legnicy, ale równocześnie chciałam też robić coś swojego i mieć własne miejsce. Mieliśmy po prostu potrzebę niezależności.

Skąd wzięła się ta potrzeba? Z braku wiary w to, że można się w pełni zrealizować w teatrze instytucjonalnym?

Miałam mnóstwo pomysłów i chciałam je gdzieś zrealizować. W teatrze repertuarowym było to mało prawdopodobne, zwłaszcza że byłam tuż po studiach. Równoległa aktywność w Legnicy i w Łodzi była uciążliwa, ale nie rezygnowaliśmy. Średnio robimy w Łodzi jedną premierę rocznie.

Jeszcze podczas studiów Jacek Głomb zaprosił panią i pani męża, Alberta Pyśka, do współpracy w spektaklu „Kokolobolo…” w Teatrze Nowym w Łodzi. Jakie to było dla was doświadczenie?

Na pewno ekscytujące – to był nasz debiut na zawodowej scenie. Podczas studiów aktor wszelkie wyzwania przyjmuje z pełną otwartością i zaangażowaniem. To wspaniała cecha, która niestety z czasem powoli się ulatnia i zastępuje ją nieufność czy wręcz podejrzliwość. Ale spotkanie z lokalnością (bo spektakl opowiadał o przedwojennej Łodzi) i silnym realizmem, jaki proponował Jacek, było doświadczeniem ciekawym i na swój sposób zaskakującym. To była zupełnie inna estetyka niż ta, do której przygotowywała nas szkoła. Oglądaliśmy później z mężem przedstawienia legnickie, więc mieliśmy okazję się przekonać, że jest to bardzo rzetelny teatr, który nie schodzi poniżej określonego poziomu. Wysłaliśmy nasze CV również w kilka innych miejsc, ale po obejrzeniu tych przedstawień zdecydowaliśmy, że chcemy związać się z Legnicą.

Nie byliście państwo jedyną parą w zespole. Teatr legnicki jest bardzo prorodzinny.

Tak, par w teatrze jest rzeczywiście sporo. Nie wiem, czy to efekt świadomej polityki kadrowej Jacka Głomba, ale być może fakt, że ma w swojej ekipie ludzi związanych ze sobą, gwarantuje mu większą stabilność zespołu i pozwala na długofalowe planowanie.

Jadąc do Legnicy, zapewne mieliście jakieś wyobrażenia o tym miejscu. Teatr Modrzejewskiej od dawna ma mocną pozycję i jest jednym z największych atutów promocyjnych miasta. Jak wyglądała konfrontacja z rzeczywistością? Coś was zaskoczyło na miejscu?

Wśród studentów aktorstwa krążyły bliżej nieokreślone legendy o teatrach dolnośląskich. Wiedzieliśmy, że dzieje się tam wiele cudownych rzeczy, ale mało kto miał okazję je zobaczyć. Nie było więc tak, że konfrontowaliśmy się z jakąś konkretną legendą. Jechaliśmy do krainy mlekiem i miodem płynącej, a potem bardzo szybko zagarnęła nas codzienność teatru, trzeba było przyjąć pierwsze wyzwania, poczuć radość i niedosyt w pracy. Jeśli coś wtedy ulegało weryfikacji, to nasze spojrzenie na sam zawód. Młody aktor jest z każdym dniem coraz mniej niewinny i chce coraz więcej. Ten głód trzeba jakoś zaspokajać.

Co to znaczy, że aktor traci niewinność?

Student jest w stanie wejść w każdy projekt bez zastrzeżeń, ufa reżyserowi, potrafi poświęcić wiele, żeby tylko zbliżyć się do zarysowanego przed nim ideału. Starszy aktor zaczyna chronić siebie, jeśli traci zaufanie do reżysera, to próbuje sam się wyreżyserować. Nabywając coraz więcej doświadczeń, mamy też coraz wyższe wymagania. Poza tym pojawia się gorzka świadomość, że ideał, do którego dążymy, jest często nieosiągalny.

Trafiła pani do miejsca, które ma silny etos. Jacek Głomb od początku swojej dyrekcji podkreślał, że prowadzi teatr z misją społeczną. Do pewnego momentu wyczuwało się w tym przesłaniu prymat ideowości nad estetyką. To dla pani istotna wartość?

Z pewnością ta ideowość okazała się źródłem ciekawych odkryć i pozwoliła teatrowi zaistnieć w skali ogólnopolskiej. Pomysł na siebie nie jest tak naprawdę częstym zjawiskiem w teatrach, zwłaszcza takich, które nie mają konkurencji w najbliższym otoczeniu. Jedyny teatr w mieście często nie ma potrzeby budowania konkretnej marki i po prostu realizuje swoją statutową funkcję w regionie. Element misyjny teatru legnickiego jest bardzo konkretny i polega na badaniu historii miasta oraz pokazywaniu jego wielokulturowości. Wieloletnie realizowanie takiej misji może być czasem źródłem znużenia dla aktorów, którzy są żądni nowych wyzwań, ale wiele osób w zespole jest aktywnych również poza teatrem. My z mężem często pracujemy w Łodzi, w Teatrze Zamiast, a także realizujemy własne projekty na innych polach niż aktorskie: ja piszę dramaty, mąż zajmuje się muzyką, mamy więc gdzie rozładować energię.

Jak wyglądało pani wejście w zespół?

To jest zespół nieduży i bardzo koleżeński, większość osób jest zbliżona wiekowo, więc adaptacja nie była bolesna. Nie mam pod tym względem zbyt wielu doświadczeń, pracowałam tylko w dwóch teatrach instytucjonalnych, ale to wejście w zespół legnicki wspominam bardzo miło.

Było coś szczególnego w obyczajach, stylu pracy zespołu?

Aktorzy legniccy są bardzo świadomi, co po części wynika z tego, że tutaj wszyscy bardzo dużo grają. Jest to też zespół bardzo wymagający i niełatwy. Jeśli reżyser nie chwyci za serca w ciągu trzech pierwszych prób czytanych, to jest na przegranej pozycji. Aktorzy zapewne zrobią mu spektakl, ale tego przedstawienia nie będą lubić. Na tak silny zespół trzeba mocnej osobowości reżyserskiej, choć – z drugiej strony – tym, którzy sobie nie radzą, ta cecha zespołu potrafi uratować spektakl.

Niedługo będzie pani miała okazję reżyserować kolegów w swojej własnej sztuce „Dzielni chłopcy”.

Tak, parokrotnie reżyserowałam już w Teatrze Zamiast, ale tu mam większy stres, głównie z powodów, o których już powiedziałam. Grupa, z którą spotkam się przy „Dzielnych chłopcach”, pracowała częściowo przy pisaniu tego tekstu, częściowo przy czytaniu, dlatego będzie to miało bardziej charakter kontynuacji spotkania niż zupełnie nowego projektu. Bardzo dobrze wspominam tę współpracę, więc mam nadzieję, że nadal będzie układać się ona pomyślnie i uda nam się zrobić naprawdę dobry spektakl.

Miała też pani okazję skosztować specjalności legnickiej i zagrać w widowisku plenerowym w „Człowieku na moście”, na dziedzińcu zamkowym, z muzyką na żywo i stylowymi samochodami. Było trudno znaleźć się w takiej przestrzeni?

No tak, jeszcze ja po filmówce, przyzwyczajona do „szeptania” na scenie, a tu zabytkowe mury i rozległy dziedziniec pod gołym niebem. Nieraz trzeba się było zmagać z burzliwą pogodą, ale dopóki nie było oberwania chmury, to graliśmy. Ale to też było cenne. Niewygoda bywa bardzo stymulującym bodźcem.

Jak się zaczęła pani przygoda z dramatopisarstwem?

Zawsze w życiu robiłam dużo różnych rzeczy, a pisanie zaczęło się pod koniec studiów. Pierwszą moją próbką był „Trup”, potem napisałam „Targowisko, czyli dzieje rozkładu pana H.”, które zrealizowaliśmy jako pierwszą premierę Teatru Zamiast. Granie własnych tekstów było wygodne, bo nie mieliśmy pieniędzy, żeby wystawiać cudze.

Wiele spośród pani tekstów wspiera się na mocnych konceptach formalnych. Tekst „Słabych” z ilustrowanymi didaskaliami jest wychylony w stronę wizualności. Czy w te pomysły wpisana jest jakaś wizja reżyserska?

Te koncepty formalne są najczęściej bardzo literackie i stanowią raczej inspirację dla ewentualnych twórców. Nie chcę niczego narzucać reżyserom. Nawet gdy sama realizuję swój tekst, właściwie wymyślam go od nowa. Lubię bawić się formą, a przy tym być artystycznie „niegrzeczna”. Kiedy piszę dramat, to zwykle przełamuję tradycyjny podział na akty i sceny i poszukuję innych rozwiązań, które będą miały jakąś wartość interpretacyjną. Każdy temat niesie za sobą inne rozwiązania formalne. To mi daje poczucie, że wciąż zajmuję się czymś nowym, nie lubię kopać wciąż w tej samej piaskownicy.

A jako aktorka ma pani szansę okazać tę „niegrzeczność”?

Staram się. To ważne, żeby wciąż podsycać w sobie pasję i dbać o rozwój, choć w aktorstwie wychodzenie poza schemat jest trudniejsze, bo aktor siebie nie widzi. Przydaje się przewodnik w postaci dobrego reżysera, który nakreśli granice albo doda odwagi. Do tego jeszcze inspirujący tekst i powoli, od czasu do czasu, można odkryć jakiś nieznany ląd.

Czy Legnica inspiruje panią jako autorkę dramatyczną? Napisze pani kiedyś tekst dla tego teatru?

Miasto z pewnością ma na mnie wpływ, bo tutaj żyję. Doświadczenia legnickie znalazły już odzwierciedlenie w moich tekstach, choć zwykle dostrzegałam to po fakcie. Na przykład praca w Pogotowiu Teatralnym, gdzie wraz z Katarzyną Kaźmierczak prowadzę zajęcia z grupą amatorską, miała wpływ na powstanie „Słabych”. To rodzaj działań terapeutycznych, których celem jest pomoc osobom w kryzysie poprzez teatr. W „Dzielnych chłopcach” znalazły się echa moich rozmów z legnickimi kibicami. Niektórzy z nich byli pierwowzorami moich bohaterów. To, co robię w życiu, jakoś się więc przekłada na to, co piszę, choć nie zawsze jestem tego świadoma. Zawsze staram się jednak iść od szczegółu do ogółu, jeśli sięgam po konkret, to szukam w nim elementów uniwersalnych.

W jaki sposób pomaga Pogotowie Teatralne?

Praca aktorska jest pracą nad sobą, pomaga panować nad emocjami i uzyskać kontrolę nad fragmentami własnej osobowości. Jeśli mamy kłopot na przykład z nieśmiałością, to możemy obsadzić się w rolach ludzi odważnych. W bezpiecznym miejscu, jakim jest scena, można spróbować zrobić coś, na co nigdy nie pozwolilibyśmy sobie w życiu. W teatrze mamy szansę dowolnie przesuwać te granice, a tym samym odblokowywać i poznawać siebie. Te zajęcia pomagają też przełamać samotność czy zwykłą słabość. Dla niektórych uczestników ważne jest choćby to, żeby wyjść z domu. A to czasem jest naprawdę trudne.

Aktorstwo też może być autoterapeutyczne?

Aktorstwo w pewnym sensie wymaga autoterapii. To jest, jeśli dobrze rozumiem, ta słynna praca nad sobą, o której pisał Stanisławski. Z drugiej strony nie zostaje się aktorem po to, by rozwiązywać prywatne problemy, dlatego trzeba to moim zdaniem robić poza sceną. Zawodowstwo w tym fachu rozumiem jako świadome korzystanie z emocji, wyobraźni i osobistych doświadczeń w stopniu, który pozwoli wzbogacić postać i wiarygodnie załatwić jej interesy. Interesy postaci, nie aktora.

Coraz więcej mówi się dziś o autonomii aktora w teatrze. W młodym pokoleniu silną władzę reżyserską zastępują zdemokratyzowane kolektywy twórcze. Rzeczywiście otwiera się coraz szersza przestrzeń dla autonomii aktora?

Myślę, że ta przestrzeń nie pojawiła się dopiero teraz, ona istniała zawsze, a rzeczą aktora było, jak potrafił ją wykorzystać. Moja praca magisterska nosiła tytuł „Aktor twórca” i dotyczyła metody Mike’a Leigh. Wierzę w to, że ten model autonomii twórczej na scenie jest możliwy do zrealizowania i nie wymaga to jakiegoś drastycznego redukowania roli reżysera. Sytuacja, w której przychodzi reżyser do aktorów i mówi: „Słuchajcie, nic nie wiem – proponujcie coś!”, świadczy o jego bezradności. Wtedy zaczyna się demokracja, czyli aktorzy przejmują inicjatywę, próbując zamaskować nieudolność reżyserską. Tylko że spójny spektakl jest wynikiem spójnych decyzji, które w dużej grupie pozbawionej lidera mogą być bardzo trudne do podjęcia. Nasz dyrektor mówi, że w teatrze nie ma demokracji i myślę, że ma trochę racji. Dobrze jest, gdy reżyser wie, czego chce i w żaden sposób nie umniejsza to twórczego aspektu pracy aktora.

Co wobec tego byłoby według pani najbardziej pożądane w relacjach między aktorem i reżyserem?

Duża ciekawość i silna potrzeba wypowiedzi, które skutkują wzajemnym twórczym oddziaływaniem. Reżyser zaprasza ludzi do współpracy. Są to ludzie różni, dlatego tylko wielka potrzeba, a może wręcz wewnętrzny przymus, jest w stanie wyposażyć reżysera w taką charyzmę, która uruchomi w nich wszystkich twórczą lawinę. Do tego ciekawość, wrażliwość, otwartość, warsztat osób zaangażowanych w projekt i jest szansa na teatralny cud.

(Jolanta Kowalska, „Nie lubię kopać wciąż w tej samej piaskownicy”, Miesięcznik Dialog, nr 4/2018)

Udostępnij

Szukaj

Kłapanie dziobem

Archiwum

<< < kwiecień 2018 > >>
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 26 27 28 29
30            

Zaloguj

Statystyka

Dzisiaj12
WSZYSTKIE1188534
Informacje o plikach cookie
Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej...