• 40 lat

Teatralny.pl: legnickie wątki i podsumowanie R@Port-u

W przeciwieństwie do ubiegłorocznej nierównej, składającej się z przedstawień bardzo dobrych i nieudanych, tegoroczna edycja gdyńskiego Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port trzymała wyrównany poziom – ocenia Anna Jazgarska. W podsumowaniu także o widocznej obecności legnickich artystów, którzy zaprezentowali spektakle „Krzywicka/ Krew” (jeden z najlepszych w konkursie, niedoceniony) oraz „Hymn narodowy” (poza konkursem, rozczarowanie), ale też czytanie dramatu Magdaleny Drab „Słabi. Ilustrowany banał teatralny” (laureat Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej).


Wprawdzie ostatni R@Port pozbawiony był rzucających na kolana olśnień, ale i obył się bez większych, przynajmniej jeśli chodzi o spektakle konkursowe, rozczarowań. Werdykt jury nie zaskoczył: Dorota Masłowska, Zbigniew Majchrowski i Remigiusz Brzyk nagrodzili (swego wyboru nie uzasadniając) „Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy” Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak. Publiczności najbardziej spodobał się „Triumf woli” Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, co również nie było niespodzianką, bo to właśnie przedstawienie, otwierające zresztą tegoroczny konkurs, przyjęte zostało przez widzów bodaj najbardziej entuzjastycznie.

Co ciekawe, spośród ośmiu konkursowych propozycji wygrały te przedstawienia, których rdzeń stanowi apoteoza sprzeciwu. W bydgoskim spektaklu Rubina i Janiczak ów rdzeń rozrasta się w radykalny, angażujący we wspólnej sprawie twórców i widzów polityczny manifest. Rubin i Janiczak nie unikają przy tym gorzkich pytań o szczerość podejmowanej wspólnie walki, o sens jej zaistnienia. U Demirskiego i Strzępki sprzeciw wobec społecznej nierówności, rozpisany na szereg niewiarygodnych, acz autentycznych historii ekscentrycznych bojowników o wolność, zyskał oryginalne towarzystwo… optymizmu. Wiary w człowieka i w dobro tak niemodnej, kiczowatej i wstydliwej, że uosobieniem jej obciachowej kwintesencji może być jedynie postać disneyowskiej wróżki w tiulach i z różowymi skrzydłami.

Fakty (autentyczne)

Centralną postacią zwycięskiego spektaklu Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak jest Anne-Joseph Théroigne de Méricourt (Sonia Roszczuk), zapomniana przez historię uczestniczka rewolucji francuskiej, aktywistka i bojowniczka o prawa kobiet. Scenografię stanowią tu stosy transparentów, z których część zwisa z sufitu sceny. Te transparenty i wypisane na nich hasła to swoista lista niespełnionych życzeń, ale też i przede wszystkim symbol określonej ludzkiej postawy – sprzeciwiającej się podziałom, naznaczaniu i wykluczaniu, nie bojącej się protestować przeciw próbom ich legitymizacji. Mechanizmy zniewolenia nie zmieniają się, a Théroigne de Méricourt wyszła na ulicę z tego samego powodu, dla którego tysiące polskich kobiet protestowało na początku tego roku – przekonują twórcy przedstawienia w wielopiętrowych monologach swoich bohaterów, które dzięki świetnemu zespołowi Teatru Polskiego brzmią mocno, dotkliwie, szczerze. Ale Wielka Rewolucja Francuska, Robespierre, Danton i postacie walczących wówczas o swoje prawa kobiet oraz współczesna rzeczywistość made in Poland przemocą projektowana przez gardzące kobietami, cytowane w spektaklu „autorytety” typu Chazan czy Ogórek, są dla Rubina i Janiczak bazą (a zarazem argumentem) w dyskusji nad umacniającą się z dnia na dzień, dominującą współcześnie opresyjną narracją. Rubin i Janiczak badają jej dynamikę, rytm, oświetlają jej wewnętrzną strukturę. Wskazują gesty, które pod pozorem sprawiedliwości umacniają deprecjonujące i wykluczające mniejszości stereotypy.

„Żony stanu…” to próba stworzenia sytuacji debaty społecznej, której przestrzeń stanowi cały teatr bez podziału na widownię i scenę – spektakl grany jest przy włączonych światłach, aktorki nieustannie wchodzą między widzów, tradycyjne rozgraniczenie zaciera się na rzecz jednej, wspólnej wszystkim obecnym przestrzeni. Bo pełna wspólnotowość jest największą wartością w tym spektaklu, jest też jego głównym celem. Twórcy przedstawienia prowokują nas do zabrania głosu, do wykonania realnych gestów, czego finałem jest wspólne wyście z transparentem poza budynek teatru. Ci, którzy zdobyli się na ten gest, zaangażowali się do wspólnej manifestacji, byli oklaskiwani razem z aktorami, stanęli z nimi na scenie. Ten finałowy pomysł może budzić wątpliwości. Czy bunt w tej konfiguracji naprawdę mógłby mieć swoje odzwierciedlenie poza teatrem? Więcej – czy kiedykolwiek będzie w tej konfiguracji odzwierciedlony poza teatrem?

„Ludzie, edukujmy się!” – krzyczy w spektaklu Maciej Pesta. Przedstawienie Wiktora Rubina i Jolanty Janiczak możemy uznać (tylko) za przeprowadzone w ściśle określonych warunkach, kontrolowane działanie. Ale okrzyku Pesty nie zaskarżymy. A kontekst, w którym ów okrzyk się pojawia, powoduje boleśnie realny, dotkliwy wstyd.

U Demirskiego i Strzępki na widownię wchodzimy przez piszczące lotniskowe bramki. Ale twórcy przedstawienia nie zapraszają nas wcale w podniebną podróż, tylko wpuszczają w samo centrum tego, co ów lot brutalnie zakończyło. Katastrofa, na dodatek jak z kiepskiego dowcipu, bo z finałem na bezludnej wyspie. Na tle jej smętnego krajobrazu, z wysypaną piaskiem sceną, z rozrzuconymi samolotowymi siedzeniami, skrzyniami ładunkowymi i bagażami, poznajemy swoich współpasażerów, na pierwszy rzut oka całkiem swojskich i swojsko na siebie warczących. Dopiero po chwili okazuje się, że Demirski i Strzępka zgromadzili na scenie galerię najbardziej kuriozalnych przypadków niezgody na zastaną rzeczywistość. Kathrine Switzer (Dorota Segda) przebiegła w 1968 roku zakazany wówczas dla kobiet maraton bostoński. Rachel Carson (Dorota Pomykała) uratowała stadko małych kaczek, a jakiś czas później zmieniła spojrzenie świata na kwestię ochrony przyrody. Strajkujących walijskich górników (Juliusz Chrząstowski i Michał Majnicz) wsparł nieoczekiwanie ruch LGBT (Krystian Durman). Po serii spektakularnych porażek samoańska drużyna piłkarska (Małgorzata Zawadzka) strzeliła pierwszego w swojej historii gola. A pewien uparty Hindus (Radosław Krzyżanowski) 22 lata walczył z górą, która zabiła jego żonę. I wygrał.

„Triumf woli” nie jest zgrywą, nie jest pułapką. Oglądając go odruchowo próbujemy wypatrzeć jakieś wnyki, wsłuchujemy się w płynące ze sceny opowieści, wyczekując ataku. Kiedy się pojawią, a przede wszystkim – w którą stronę będą skierowane ostrza, kogo/co przebiją. A po jakimś czasie przestajemy nerwowo węszyć i poddajemy się grzesznej przyjemności wysłuchiwania historii o potędze ludzkiej woli, o niezłomności, o dobru. O tym, ile zdziałać może jeden gest sprzeciwu wykonany przez kogoś tak ignorowanego i obojętnego otoczeniu, jak cherlawy mongolski chłopaczek (Marta Nieradkiewicz). Demirski i Strzępka plączą historię jego i jego szalonych współplemieńców, budując z nich zintensyfikowaną do granic przyswajalności opowieść z gatunku „na faktach autentycznych”. W głębi duszy i serca kochamy te opowieści równie mocno, jak wstydzimy się ich. Ten wstyd, ten wewnętrzny krytyk i cenzor materializuje się w spektaklu Demirskiego i Strzępki w postaci filmowego Pingwina (Marcin Czarnik). Stwór z Gotham City staje się tu projekcją naszych irracjonalnych lęków przed opowieścią od początku do końca tylko i wyłącznie pozytywną.

Na poziomie językowym, dramaturgicznym czy inscenizacyjnym „Triumf woli” niczym nie zaskoczył widzów zaznajomionych z twórczością Demirskiego i Strzępki. I nikt raczej nie rościł pretensji do tego, że przedstawienie biło rytmem (czasem zbyt) znajomych grepsów i gagów, nikomu też nie wadziło nadmierne przeciąganie niektórych scen czy ich zbytnia gadatliwość. A obsadowa przewidywalność sprawiła, że bohaterów „Triumfu…” publiczność przyjęła niczym starych, dobrych znajomych. Aktorzy są zresztą największą siłą tego spektaklu. Czują go od początku do końca, zachwyca nas ich błyskotliwość, lekkość, zdystansowanie.

„Żony stanu…” Rubina i Janiczak oraz „Triumf woli” Demirskiego i Strzępki połączył gest sprzeciwu rozumiany jako immanentna cecha kondycji ludzkiej i nadrzędny dla społecznego trwania mechanizm, który w obu przypadkach wyszedł poza czasowo-przestrzenne ramy teatralnego spektaklu i skierowany został w określone bardzo dokładnie strony. Jednym z tych wspólnych obu przedstawieniom kierunków była bieżąca sytuacja zespołów Teatru Polskiego w Bydgoszczy i Narodowego Starego Teatru w Krakowie, wynikająca ze zmian na stanowiskach dyrektorskich. Jak już powszechnie wiadomo, Pawła Wodzińskiego ma zastąpić Łukasz Gajdzis, Jana Klatę – Marek Mikos. Sprzeciw wobec tych kuriozalnych zmian został głośno wyrażony przez oba zespoły, za którymi solidarnie stanęła festiwalowa publiczność. Wystąpienie Krzysztofa Zawadzkiego, który tuż po spektaklu odczytał kilka fragmentów programu Mikosa, otworzyło właściwie tegoroczny festiwal i poniekąd ustawiło perspektywę odbioru kolejnych przedstawień. Trudno nam było wyjść później poza teatr tak przejmująco i bardzo namacalnie rozlewający się na rzeczywistość pozateatralną.

Pustka i cisza

Na „Po „Burzy” Szekspira” Agaty Dudy-Gracz przyszły tłumy. Ubiegłoroczna zwyciężczyni R@Portu (fenomenalny, dojrzewający z każdą kolejną odsłoną spektakl „Kumernis, czyli o tym, jak świętej panience broda rosła”) tym razem jednak rozczarowała. „Po „Burzy”…” zachwyca oczywiście scenografią, dźwiękiem, ruchem, jednak zachwyt ten z minuty na minutę słabnie. Hipnotyzująca forma kruszeje pod naciskiem topornego słowa – początkowa błyskotliwość i drapieżność apokryficznego tekstu reżyserki stępia się i rozmywa na rzecz szeregów osobnych fraz, słabych i cichych.

Najmocniejsze momenty spektaklu Dudy-Gracz to jego początek i koniec, klamra upleciona z najbardziej byle jakiej i przegranej odmiany naszej rzeczywistości. W otwierającej spektakl scenie Prospero (Zbigniew Ruciński) siedzi zrezygnowany w przestrzeni, która jest jakimś monumentalnym, poczwarnym zwielokrotnieniem smutnej polskiej „klasyki” – z poplamioną naklejkami meblościanką z wiórowej płyty, zdezelowaną wersalką i ławą ze szklanką w koszyczku. Pokoju, który nigdy nie poddał się transformacyjnej burzy, który nie wywietrzył się ze smrodu petów, nie dał sobie wywabić plam z tureckiego dywanu. Prospero Rucińskiego to stary dziad w zżółkniętym podkoszulku i wymiętych spodniach piżamowych. Zrezygnowany, przegrany na każdym polu, ale wciąż cyniczny. Śmiejemy się, gdy nam wymyśla. I boimy się, bo to oczywiste, że Prospero to podetknięte pod nasz nos lustro. A boimy się jeszcze bardziej, gdy ten opuchnięty, przegrany dziad wyłuszcza nam plan swojej zemsty – tak nam bliski, tak typowy, tak codzienny. „Już wszyscy wrogowie we krwi / A ja pragnę ich wskrzesić i wybić od nowa” – śpiewa Julia Marcell, a Prospero z przedstawienia Dudy-Gracz mógłby podśpiewywać razem z nią.

Wszystko, co oglądamy w przepisanej przez Dudę-Gracz „Burzy”, jest projekcją buchającej nienawiścią wyobraźni Prospera. Samozwańczy demiurg przywołuje upiory, które dosłownie wyłażą z rozklekotanych szafek meblościanki. Są wśród nich wszyscy, którzy kiedykolwiek zaleźli „księciu” za skórę – żona pijaczka i samobójczyni (Helena Sujecka), irytująca para niechlujnych sąsiadów Kalibanów (Cezary Studniak i Emose Uhunmwangho). Jest córka Miranda (Justyna Szafran) w stroju pensjonarki-lolitki, która nigdy nie żyła i nigdy nie umarła. A pomiędzy nimi wszystkimi błąka się więzień Prospera – malutki, dziwacznie zgarbiony Ariel (naga, pomalowana ciemnoszarą farbą i ubrana jedynie w tiulową spódnicę Ewelina Adamska-Porczyk), który ruchem nakręcanej zabawki wykonuje wszystkie polecenia swego pana. Pokaz władzy, który zapowiada wściekły Prospero, rozpoczyna się ironicznym testem parodiującym współczesnych krytyków sztuki – Miranda ma opisać na kilka różnych sposobów szklankę napełnioną wodą. Pokaz udaje się znakomicie, ale wszystkie kolejne prezentacje rwie i zniekształca nieprzewidywalny rytm podstarzałej, chromej wyobraźni Prospera. Jego podwładni zacinają się i powtarzają, nakazane im zadania nie wychodzą, urywają się.

Wielka szkoda, że tekst Dudy-Gracz zaczyna się w pewnym momencie rozłazić, bo tą nieudolnością zarażają się zaraz i znakomite obrazy, i niepokojąco swojska treść. Do formy spektakl wraca w ostatnich minutach, stając się na powrót porażającym moralitetem i traktatem o skrajnej, nienaprawialnej samotności, egzystencjalnej pustce i wiecznym niespełnieniu. Prospero Dudy-Gracz to spotworniałe alter ego Kathrine Switzer ze spektaklu Demirskiego i Strzępki. Zły brat bliźniak z kraju cebuli, który nie pobiegł, bo zaspał, bo miał kaca, bo nie stać go było na adidasy.

Rozczarowała także, ale tu już niemal w całej swej rozciągłości, adaptacja „Silesia, silentia” Lidii Amejko (Wrocławski Teatr Współczesny). W przedstawieniu Marka Fiedora w pamięć (i wyobraźnię) wbija się jedna z pierwszych scen. U szczytu ruchomej platformy przytwierdzone zostają szeregi wieszaków z płaszczami. Jeden (przeraźliwie pewny) gest cięcia zrzuca je wszystkie na podłogę. Krótki, prosty i porażająco sugestywny obraz śmierci w czasach Holokaustu. Niestety, żadna ze scen przedstawienia Fiedora już temu obrazowi nie dorównuje. Pomysł uczynienia rekwizytu – płaszcza – bohaterem opowieści o czasach wojny, oczekiwania na nią i świecie po niej, jest mocno zużyty, wciąż jednak nośny. Ale ten potencjał nie znalazł tu rozwinięcia. Słowo i forma nieznośnie się rozmijają, przez co obcowanie z jednym i drugim naraz było po prostu męczące. Interesującego skądinąd tekstu Amejko nie zdołał udźwignąć zespół aktorski. W gęstych, wielopiętrowych frazach przeszywające sensy rozpraszały się i gubiły.

Sztuka mówienia, sztuka słuchania

Widownia. W trakcie tegorocznego R@Portu wielokrotnie oglądała siebie i przeglądała się w sobie. W „Drugim spektaklu” Anny Karasińskiej widzowie festiwalu mieli możliwość popatrzeć na siebie w ramach oryginalnej propozycji – to oni bowiem od początku do końca byli bohaterami przedstawienia Karasińskiej.

Jak wejść na widownię, kiedy jest się spóźnionym? Jak w ogóle wejść na widownię? A jak zjeść cukierka w trakcie przedstawienia? Jak płakać? Jak się śmiać? Czy w ogóle się śmiać? Nawet skończeni teatromani nie uciekną przed rytuałami. Nawet im, obytym i śmiałym, nieobce są rozterki po tytułem: „Gdzie położyć torebkę?” i „Muszę kaszlnąć, co teraz?!”. Nawet oni (a może zwłaszcza oni…) walczą w wojnach „na łokcie” i czasem przysypiają. Pewnie nie rejestrujemy większości gestów wykonywanych przez nas w teatrze, nie zastanawiamy się nad odprawianymi rytuałami. „Drugi spektakl” bardzo dokładnie nam je przypomina.

W przedstawieniu Karasińskiej reflektory oświetlają całą przestrzeń sali mocnym, nieznośnym światłem. Na scenie stoi dziesięć krzeseł. Na nich siadają aktorzy, z którymi cały czas jesteśmy w krępującym nieco kontakcie wzrokowym. I oglądamy siebie w ich wykonaniu. Siebie przekonanych, że nikt nas nie zauważa, nie wychwytuje naszych gestów, nie czyta ich. Aktorzy, w niewyróżniających się strojach, sprawiający mocne wrażenie przypadkowej zbieraniny, odgrywają scenki, które dzieją się na scenie „drugiego spektaklu”, czyli na widowni. Jest śmiesznie, zaskakująco, chwilami wręcz kabaretowo. W oglądaniu siebie przyłapanych na żenujących niejednokrotnie zachowaniach jest coś oczyszczającego. Karasińska przekłuwa balon wiecznej spiny, która jednak nam w teatrze towarzyszy. Ten balon działa trochę jak poduszka powietrzna – odgradza, ale chroni. Chroni, ale odgradza.

„Drugi spektakl” nie jest kpiną z nieobytych, nie jest też satyrą na doświadczonych. Karasińska bada, gdzie, kiedy i jak pośród tych wszystkich westchnień, gestów, mrugnięć i drgnięć (oczywiście chwilami mocno tu przerysowanych) rodzi się czucie. Bo jakieś zawsze się rodzi i rodzi się pośród nich właśnie. Nieśmiało, a czasem bardzo gwałtownie wydobywa się spod fasady dziesiątek rytuałów na scenie drugiego, niezauważanego przez nas spektaklu. Warto tego widoku doświadczyć z niecodziennej perspektywy.

Wyjątkowy dialog z widownią podjął „Wieloryb The Globe” w reżyserii Evy Rysowej i na podstawie tekstu Mateusza Pakuły. Wszyscy o tym spektaklu słyszeli. Większość się go obawiała.

W 2014 roku Krzysztof Globisz dostał ciężkiego wylewu krwi do mózgu. Lekarze uznali, że Krzysztofa Globisza już nie ma, że została jedynie pusta cielesność. Opowiedziany przez żonę dowcip z „Dnia świra” Koterskiego pokazał, że się pomylili. Globisz nie odszedł, ale bardzo się oddalił. Rozpoczął się żmudny powrót. Dotknięty afazją aktor na nowo musiał uczyć się mówienia.

Pakuła, Rysová oraz aktorki Zuzanna Skolias i Marta Ledwoń włączyli się w powrót Globisza. W sposób dla wielu co najmniej kontrowersyjny, bo proponujący chorującemu, poruszającemu się i mówiącemu z wielkim trudem aktorowi rolę w spektaklu o nim samym. Krzysztof Globisz zgodził się i tak powstało przedstawienie porażające wręcz szczerością. Smutne, zabawne, rozdzierające i skrajnie optymistyczne. Zbiorowa terapia chwilami brutalna, bo konfrontująca nas z faktyczną istotą naszych obaw. Boimy się o Krzysztofa Globisza? Czy może boimy się Krzysztofa Globisza? A może boimy się sami siebie, swojej reakcji na Krzysztofa Globisza?

Kiedy wchodzimy na widownię, obsługa wręcza nam słuchawki. Mamy je nosić przez cały spektakl. Słychać w nich szeregi dźwięków o różnym natężeniu, które układają się w dziwną, ale relaksującą melodię. Chyba tak wyobrażamy sobie niesłyszalną dla nas muzykę oceanu. Temu, co słyszymy, odpowiada scenografia. Złożona z miękkich form przypominających oceaniczne dno. Pośród nich stoi kanapa, a naprzeciw niej akwarium z małymi rybkami. Głębia sceny to wylepiony białymi, falującymi kartkami papieru kształt wieloryba.

Inicjujący przedstawienie pomysł jest dziwaczny, szalony i genialny. Wyrzuconego na brzeg wieloryba (Globisz) próbują ratować działaczki Greenpeace (Skolias i Ledwoń). Absurdalna, ale paradoksalnie bezpieczna sytuacja wyjściowa szybko przechodzi w intymną historię powrotu do życia. Powrotu na nieznanych, nowych zasadach.

„Wieloryb The Globe” jest wyjątkowym doświadczeniem artystycznym, ale jest przede wszystkim niezwykle mocnym, bolesnym i szalenie radosnym doświadczeniem w ogóle. Dalekim od szantażu, którego część z nas, widzów, jednak się obawiała. Bez przesady można śmiało i głośno powiedzieć, że publiczność spektaklu Rysovej odbyła jedną z najważniejszych rozmów, na którą polski teatr zaprosił w 2017 roku.

Siła i pamięć

„Krzywicka/Krew” Aliny Moś-Kerger (Teatr Modrzejewskiej w Legnicy) to zdecydowanie jedno z najlepszych przedstawień tegorocznego R@Portu. Oszczędny scenograficznie, bazujący mocno na wyrazistym ruchu spektakl wychodzi od historii Ireny Krzywickiej – pisarki, publicystki i walczącej o prawa kobiet działaczki społecznej, i przemierza kręte ścieżki losów jej anonimowych córek, wnuczek i prawnuczek. Śledzi biografie „przeciętnych” Polek, które różni pochodzenie, wykształcenie, status materialny i społeczny, ale łączy tytułowa krew, inicjująca wejście w kobiecość, ale znacząca też wszystkie następne rytuały przejścia – utratę dziewictwa, miłość, poród, chorobę i śmierć. W kolejnych rozdziałach przedstawienia losy wszystkich tych kobiet przeglądają się w biografii Krzywickiej. Jej doświadczenia: związki z Jerzym Krzywickim i Tadeuszem Boyem-Żeleńskim, śmierć ukochanego syna Piotra, stają się tu czymś na kształt wzorów fundamentalnych dla doświadczeń kobiecości i rozmaite ich warianty warunkują każdą z opowiadanych historii, zaznaczając swój związek z opowieścią-matką poprzez przewijające się nieustannie imiona bliskich Krzywickiej. Poszczególne „reinkarnacje” wspólnie opowiadają historię dwudziestowiecznej Polski – wojnę, komunizm, emigrację.

Tegoroczny R@Port to popis aktorskich zespołów jako zespołów właśnie. Magda Biegańska, Katarzyna Dworak, Gabriela Fabian, Joanna Gonschorek, Zuza Motorniuk, Magda Skiba, Halina Fiderkiewicz (głos Ireny Krzywickiej) były wśród tych zespołów jednym z najlepszych. Czuły siebie nawzajem, współpracowały niemal intuicyjnie, bardzo odważnie prowadziły swoje role. Żałuję, że legnicki spektakl wyjechał z Gdyni bez żadnej nagrody. Zasługiwał na nią.

Jacek Sieradzki zakończył konkursową część R@Portu jednym z najgłośniejszych przedstawień ubiegłego roku. O spektaklu Piotra Ratajczaka „Biała siła, czarna pamięć” (Teatr Dramatyczny w Białymstoku) głośno było z wielu powodów, większość z nich nie dotyczyła jednak jego wartości artystycznej. Adaptację głośnego reportażu Marcina Kąckiego jeszcze przed premierą oprotestowała skrajna prawica, później spektakl zablokował Piotr Półtorak, czyli nowy dyrektor Dramatycznego. Skąd ta „nerwowość”? Przedstawienie Ratajczaka jest adaptacją wydanego w 2015 roku reportażu Marcina Kąckiego, w którym autor opisuje historie mieszkańców Białegostoku. Ten wielogłos układa się w obraz miasta pękniętego, skrajnie homogenicznego i agresywnie wymazującego własną pamięć, a zarazem poprzez jednostkowe gesty rozpaczliwie próbującego ocalić skrawki wielokulturowej przeszłości.

Przestrzeń w spektaklu Ratajczaka jest surowa, nieprzyjazna. Na czarnych deskach sceny stoją owinięte czarną folią krzesła, wśród nich jest pusty biały postument, symbol wyparcia niewygodnej historii, której przedstawicielem jest „nieobecny” pomnik Ludwika Zamenhofa. Reżyser zapełnia scenę przedstawicielami nowej, „białej” pamięci, która nie toleruje wyjątków, nie daje miejsca obcym, metodycznie wymazuje przedstawicieli starego porządku i natychmiast usuwa wichrzycieli nowego. A jego projektantami są – niespodzianka! – pan, pleban i wójt. Nieśmiertelna trójca, grupa trzymająca władzę także i we współczesnym mieście. Tę lokalną, powiązaną z kibolami i skrajnymi prawicowcami elitę Ratajczak opisuje w cyklu performatywnych fragmentów szybko, głośno i agresywnie zagranych przez zespół białostockiego teatru.

„Biała siła, czarna pamięć” to trafne podsumowanie festiwalu, który rozpoczął się od pochwały sprzeciwu. Jeśli nie wyjdziemy na ulicę zaprotestować przeciw „białej sile”, ta i tak przyjdzie do nas, ostatnie awantury wokół teatrów, w teatrach i przed teatrami pokazują, że właściwie już przyszła. Ratajczak zaczyna swój spektakl od gestu przerwania – grupa narodowców opanowuje scenę, przekrzykuje przedstawicieli teatru, atakuje widzów. Kilka lat temu taka scena byłaby odebrana jako metafora. Dzisiaj jest dosłownym, oddanym niemal jeden do jednego obrazem aktualnej rzeczywistości.

Dobre wrażenia po tegorocznym R@Porcie zmąciła ostatnia, na szczęście pozakonkursowa prezentacja, czyli „Hymn narodowy” w reżyserii Przemysława Wojcieszka. Nie do końca była to powtórka z roku ubiegłego, kiedy z kończących festiwal, konkursowych Sąsiadów Andrzeja Sadowskiego publiczność niemal masowo uciekała, ale położyła się cieniem na – skądinąd równej i ciekawej – całości.

Gorzej niż w roku ubiegłym wypadły czytania w ramach Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Główna nagroda dla Magdaleny Drab za dramat „Słabi. Ilustrowany banał teatralny” (ten tekst wybrała zarówno Kapituła GDN, jak i społeczne jury Alternatywnej Nagrody Dramaturgicznej) była w pełni zasłużona. Magdalena Drab porusza rzadko obecny w teatrze temat depresji, konfrontuje wynikające z choroby poczucie inności z akceptowanymi i propagowanymi społecznie schematami funkcjonowania. Robi to językiem surowym, tekst didaskaliów zastępując prostymi rysunkami, które obrazują trudne do zwerbalizowania emocje i stany bohaterów. Intymny, spajający realizm i fantazję zwycięski tekst tegorocznej Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej wypadł bardzo ciekawie, zwłaszcza na tle całego festiwalu R@Port, którego większość przedstawień (a już na pewno ta najbardziej znacząca cześć) reprezentowała jednak teatr zaangażowany, krytyczny wobec aktualnej społeczno-politycznej rzeczywistości.


(Anna Jazgarska, „Fakty (autentyczne)”, http://teatralny.pl, 2.08.2017)
 

  • Anna Jazgarska, absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
Udostępnij

Szukaj

Kłapanie dziobem

Archiwum

<< < sierpień 2017 > >>
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Zaloguj

Statystyka

Dzisiaj27
WSZYSTKIE1170932
Informacje o plikach cookie
Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce. Czytaj więcej...